sobota, 14 listopada 2015

Szukając siebie.


- Dlaczego oni w ogóle ze sobą walczą? – siedzący przy drewnianym, wyszorowanym stole brunet wpatrywał się w płomienie kominka. Na zewnątrz była porządna ulewa, więc miło było siedzieć w ciepłym pomieszczeniu.
- Bo w naszym świecie nie może być długo spokoju. Ludzie walczą, choć sami nie wiedzą, co nimi tak naprawdę kieruje. Nienawiść, zemsta? Nawet ja tego nie wiem. Bractwo uznało to za jedną z zagadek, które nigdy nie zostaną rozwiązane. Powinieneś się cieszyć, mój drogi uczniu, że my nie musimy brać w tym udziału. – słowa te wypowiadał wiekowy dość staruszek, siedzący po drugiej stronie stołu. Melancholijnym wzrokiem wpatrywał się w warkocze deszczu  za oknem. Był czarodziejem oraz członkiem Bractwa i żywił głęboką urazę wobec wszystkich żołnierzy, nawet tych, którzy walczyli w dobrej sprawie. Na początku nawet nie chciał myśleć o tym, by przyjmować kogokolwiek na nauki. Jednak Isaac był bardzo obiecującym, młodym chłopcem i w wieku piętnastu lat postanowił zacząć szlifowanie swoich umiejętności magicznych. Wychowywał się w rodzinie, która nie uznawała wojny, ani agresji, byli to ludzie spokojni i życzliwi. Matka zielarka, ojciec czarodziej na stanowisku miejscowego uzdrowiciela. Moc magiczną Isaac odziedziczył po ojcu, zaś matka nauczyła go wszystkiego, co sama wiedziała o dobroczynnych właściwościach wielu ziół. Chłopak nigdy nie miał zamiaru uczyć się zaklęć atakujących, chociaż jego ojciec niezmiennie twierdził, że jego jedyny syn musi umieć wszystko, by przetrwać w tym trawionym wojną świecie.
Wrażliwy Isaac szybko przekonał się, że rodzic mia rację. Wojna błyskawicznie dotarła do jego rodzinnej wioski, pochłaniając wszystko, co spotkała na swojej drodze. Żołnierze bez najmniejszych skrupułów plądrowali, niszczyli i zabijali, nie patrząc czy to mężczyzna, kobieta czy maleńkie dziecko.
Isaac był w lesie, szukał świeżych ziół dla swojej matki. Poprzez korony drzew dostrzegł słupy czarnego dymu, znak, że gdzieś w pobliżu wybuchł pożar. Wracał szybko, modląc się, by płomienie nie dosięgły jego domu rodzinnego. Najgorsze obawy młodego uzdrowiciela sprawdziły się, dom płonął niczym suchy liść. Jego rodzice byli w środku, wiedział to. Jednak nie poruszył się, stał na obrzeżu lasu wpatrując się w tę katastrofę bez możliwości mrugnięcia chociażby powieką.
Zgliszcza domu śniły mu się jeszcze przez wiele nocy, które spędził pod gołym niebem. Podróżował do miasta, by tam udać się na naukę do któregoś z czarodziejów. Nigdy więcej nie zamierzał dopuścić do takiej sytuacji, jak ta, której musiał być świadkiem.
Starzec podniósł się i z kołka na drzwiach zdjął swój płaszcz podróżny. Zarzucił na głowę kaptur i otworzył drzwi domu. Nigdy nie mówił swojemu uczniowi gdzie, po co idzie i kiedy wróci. Czuł, że nie ma takiej potrzeby, a Isaac ufał mu i wiedział, że nauczyciel nie zostawi go samego, dopóki do końca nie opanuje swojej mocy. Gdy tylko drzwi zamknęły się za starym czarodziejem Isaac westchnął i podniósł się ze swojego miejsca. Wyszedł z domu i siadł na ganku. Tak w zasadzie to lubił deszcz. Lubił słuchać poszumu, który wydawały spadające krople, a zapach powietrza po porządnej ulewie był bardzo przyjemny i rześki.
Było ciemno, jak oko wykol, lecz chłopak widział wszystko doskonale. Jego oczy, dzięki długotrwałym ćwiczeniom były przyzwyczajone do braku światła.
Ruch pojawił się nagle, w odległości kilku łokci od niego. Dostrzegł go kątem oka, i zaraz czujnie zwrócił się w tamtą stronę. Szelest krzaków dał mu poznać, że ktoś się zbliża. Jego kroki były ciężkie i urywały się co chwilę, jakby owy przybysz miał problem z poruszaniem się. Głuchy łoskot świadczył, że bezwładne ciało zwaliło się na ziemię.
Isaac był rozdarty. Z jednej strony bał się, kto to może być i że może go zaatakować, a z drugiej strony jego natura uzdrowiciela nie pozwalała mu zostawić rannej osoby na środku drogi.
Nie zważając na deszcz wyszedł w ciemność, podchodząc do miejsca, z którego dochodził owy dźwięk.
Mężczyzna. Najprawdopodobniej żołnierz, o czym świadczył mundur, brudny, wystrzępiony i zakrwawiony, ale dało się poznać, że to rebeliant, jeden z „tych dobrych”. Ciemnowłosy, ogorzała twarz. Był nieprzytomny, nie oddychał. Isaac zastanawiał się, jak może mu pomóc, w tej ciemności nie widział żadnych jego obrażeń. Postanowił przywrócić mu przytomność, delikatnie klepiąc go po policzkach. Oczy czarne niczym dwie studnie wpatrzyły się w niego a malowało się w nich zarówno zaskoczenie, jak i przerażenie. Nastolatek otrząsnął się, starając się skupić. Przemawiał do niego spokojnie, szukając różnych złamań, które uniemożliwiają mu chodzenie.

To była ciężka walka. Jego oddział, liczący trochę ponad dziewięć setek ludzi, musiał zmierzyć się z dwutysięczną armią króla. Od początku wszyscy wiedzieli, że to misja samobójcza, ale trzeba było wyrwać okupantowi, choć kawałek niepodległego terytorium. Cain  jako głównodowodzący prawego skrzydła starał się zmotywować ludzi najbardziej jak tylko potrafił. Namawiał do walki za ojczyznę wolną od despotycznego króla, gdzie to Królowa będzie rządzić sprawiedliwie, spokojnie i bez żadnych wojen. Zasiał w ich sercach ogień walki, sam z dziką furią rzucił się do ataku w pierwszej linii. Dzięki temu, że mieli czarodzieja w swoich szeregach ich łuki nigdy nie chybiały a miecze były zdolne skruszyć najgrubszą nawet zbroję. Jego ciosy były silne, wypełnione gniewem i nienawiścią, przesiąknięte chęcią zemsty za spalone wioski i wymordowane rodziny. Mocne ramiona dzierżące miecz młóciły powietrze, nie znając litości wobec wrogów zwalających się na niego z każdej strony. Ten, kto patrzył na to z boku, mógł śmiało stwierdzić, że porucznik Montenegro, mimo młodego wieku, był jak żywe ostrze, błyskawiczne, bezlitosne, śmiercionośne.
Jednak poprzez gniew, który stanął mu przed oczyma niczym zasłona, nie widział, że nieprzyjaciel planuje atak z powietrza. Smoki krążące po niebie rzucały obszerne cienie na pole bitwy, dosiadający ich żołnierze wypatrywali swoich potencjalnych ofiar. Cain okazał się idealnym celem, najpierw strzała przeszyła mu udo, powodując prawie natychmiastowe powstanie szkarłatnej plamy na jasnym materiale munduru. Nie zważając na to, żołnierz poruszał się dalej. Kolejny ból przyszedł razem z ciosem wymierzonym w jego plecy, długie, postrzępione cięcie biegnące przez całą ich długość. Zaczęło mu się robić zimno, szybko tracił krew. Nie mógł polec, nie teraz! Jednak przemożne zmęczenie zwyciężyło, upadł ciężko na ziemię. Żołnierz wrogiej armii dźgnął go końcem włóczni zamierzając dobić. Cain stracił przytomność.
Z pola bitwy wynieśli go jego ludzie, myśląc, że nie żyje ukryli jego ciało w głębi lasu, by zapobiec pastwieniu się nad zwłokami przez wroga.
Ból przywrócił go światu. Nie wiedział gdzie jest, co się stało, jego umysł był jak wyzuta gąbka. Wiedział tylko jedno. Boli. Stanął na chwiejnych nogach, otępiały i straszliwie zmęczony. Wokół panowała cisza, bitwa już dawno musiała się skończyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że dał się podejść niczym małe dziecko. Zmierzał przed siebie, bez konkretnego celu, nie widząc żadnego sensu w tej wędrówce przez mękę. Ale wiedział, że jak będzie siedział bezczynnie to uśnie i już się nie obudzi. A teraz miał jeszcze szanse na ocalenie.
Zapadł mrok, zaczęło padać. Cain posuwał się resztkami sił. Zamrugał kilkakrotnie ciężkimi powiekami widząc dym unoszący się niedaleko niego. Dym oznaczał dom. Dom oznaczał ratunek. Zmusił się do przyspieszenia kroku, mimo oślepiającego bólu towarzyszącego najmniejszemu chociażby ruchowi. Nie dotarł. Padł na ziemię bez czucia kilka metrów od celu.
Głęboki granat tęczówek był pierwszym, co zobaczył po przebudzeniu. Ktoś pochylał się nad nim, młody chłopak z zatroskanym wyrazem twarzy bardzo delikatnie sprawdzał jego stan. Najpierw natrafił na ranę w brzuchu, dość powierzchowną, ale stracił wiele krwi przez długi marsz. Błogie ciepło rozlało się po jego umęczonym ciele, sprawiając, że nie mógł się nie uśmiechnąć. Uśmiech ten był blady i szybko zniknął, jednak jak na razie była to jedyna oznaka wdzięczności wobec niosącego mu pomoc. To był chyba jakiś czarodziej, kątem oka dostrzegał złotawą poświatę dobywającą się z jego dłoni. Leczenie go musiało sprawiać spory wysiłek, bo mimo ciemności Cain dojrzał jego ściągniętą w skupieniu twarz.
- Musisz wstać. – odezwał się do niego, głos miał cichy, aczkolwiek wyraźny, z nutką stanowczości. – Zaleczyłem twoje udo, musimy dojść do domu, nie możesz w takim stanie przebywać na deszczu. – Cain wstał posłusznie, nie miał w sumie innego wyjścia. Chciał jak najszybciej dojść do siebie, wrócić do miasta i na pole bitwy. Tam toczyło się jego życie. Nie znosił być dla kogoś ciężarem, a teraz na pewno przez jakiś czas będzie nim dlatego chłopaka.
Głęboki granat tęczówek był ostatnim, co zobaczył zanim zapadł w sen.
  Isaac siedział przy stole, głęboko zamyślony. Nauczyciel jeszcze nie powrócił, zapewne stanie się to dopiero rano. Do tego czasu mógł spokojnie pomyśleć, co zrobić z przybyszem leżącym teraz w jego pokoju i nękanym przez gorączkę. Gdy Maron wróci, to dopiero będzie awantura… Jego ulubiony, jedyny uczeń postanowił zaopiekować się żołnierzem, zakałą narodu, źródłem nieszczęść wszelakich. Ale przecież on i tak nigdy nie zagląda do jego pokoju, więc mężczyzna jak na razie będzie miał tam bezpieczne schronienie.
Po godzinie tych rozmyślań Isaac wstał i westchnął. Trzeba było zmienić opatrunki, a ran było wiele. Po cichu otworzył drzwi do swojego pokoju i wszedł, niosąc ze sobą świecę. Postawił ją ławie skrzyniowej i usiadł na brzegu łóżka. Uśmiechnął się do siebie słysząc spokojny i regularny oddech mężczyzny; gorączka spadła. Zaczął mu się przyglądać. Jego zdecydowanym rysom, nieogolonej szczęce, prostym nosie i ustom. Tu zawiesił wzrok na dłuższą chwilą, sam nie wiedział, dlaczego. Jego wargi, wąskie, lecz ładnie wykrojone, były lekko rozchylone, jakby w oczekiwaniu na pocałunek ukochanej. Po głowie Isaaca zaczęły krążyć dziwne myśli, więc zamrugał kilkakrotnie oczami. Gdy odzyskał spokój wewnętrzny, a przynajmniej jego pozory, uniósł jego koszulę, by opatrzyć najpoważniejszą ranę na brzuchu. Mężczyzna był szczupły, ale umięśniony. Isaac przez chwilę poczuł ukłucie zazdrości, chociaż sam nie miał najgorszej sylwetki. Zdjął przekrwawiony opatrunek i zawieszając dłonie nad raną zaczął cicho mruczeć formułę uzdrawiającą. Zazwyczaj, gdy kogoś leczył, skupiał się tylko na wykonywanym przez siebie zadaniu, z zamkniętymi powiekami oddając się magii przepływającej przez jego dłonie. Teraz było zupełnie inaczej, gdy tylko przymknął oczy widział jego twarz. Uśmiechającą się do niego tymi ustami… Nie, wróć! Spokojnie, spokojnie. Wdech i wydech. Zostawił brzuch, zakładając świeży opatrunek razem z nową dawką ziół uśmierzających ból. Teraz musiał zając się postrzelonym udem. Poczuł, że jego policzki i kark owiewa ciepło. Mężczyzna miał na sobie tylko prowizoryczną przepaskę na biodrach. Dziwnie drżącymi dłońmi odchylił kołdrę i powtórzył czynności uzdrawiające, nie bez trudu z koncentracją. Mruczenie monotonnej litanii przerwał mu lekki ruch. Momentalnie uniósł powieki i znów miał przed sobą te oczy, czarne jak dwa odłamki węgla.
- Dziękuję.
Isaac sam przed sobą bał się przyznać, że gdy siedział w głównym pomieszczeniu domu zastanawiał się nad brzmieniem głosu przybysza. Wyobrażał sobie warkot zachrypły od ciągłego wywrzaskiwania rozkazów. Nie mylił się tylko w jednej rzeczy. Głos mężczyzny był lekko ochrypnięty, lecz to zapewne od gorączki i ze zmęczenia. Tak poza tym był głęboki, przypominający mruczenie kota. Znów poczuł te rumieńce.
- Nie ma za co. To moja powinność. Jestem Isaac, proszę pana. – to była zwykła, grzecznościowa formułka, którą wygłaszał za każdym razem, gdy ktoś okazywał mu swą wdzięczność za doskonale wykonaną pracę. Jednak teraz Isaac nie wiedział, co powiedzieć, jak się w tej sytuacji zachować. Chyba pierwszy raz w ciągu całego swojego życia. Może i nie lubił rozmawiać z obcymi, ale był zaradny i zawsze wiedział, jak należy postąpić. A teraz miał w głowie tylko ten głos.
- Cain. I jak będziesz do mnie mówił per pan, to się już do ciebie nie odezwę, mimo całej mojej wdzięczności, za okazaną pomoc. –mówienie przychodziło mu jeszcze z lekkim trudem, ale na jego ustach pojawił się uśmiech.
„ O matko kochana” Tylko tyle zdążył pomyśleć Sparks, zanim otrzeźwiał i znów zajął się raną. Dłonie znów lekko mu drżały, palcami lekko muskał skórę wokół otworu po strzale na jego udzie. Ciepło z policzków i szyi przeniosło się w okolice żołądka. Uspokajając się w myślach zacisnął usta starając się nie zwracać uwagi na uśmiech, który nadal widniał na twarzy Caina
- Musisz się położyć się na brzuchu, żebym mógł zmienić opatrunek na twoich plecach. – mruknął cicho, nie chcąc dać poznać swojego stanu i dziwnych, przyspieszonych ruchów serca.
  Żołnierz usiadł, z cichym jękiem wyprostował plecy. Lubił nocne niebo. Widział je właśnie w oczach tego chłopaka. Dlatego uśmiechał się, opróżniając swój umysł z wszelakich myśli. Teraz liczyły się te oczy i ciepłe dłonie niosące ukojenie po wojennych trudach. Musiał mu się jakoś odwdzięczyć, prawda?
  Isaac czuł się jakby tonął. Jakby te czarne oczy całkowicie go wciągały. Nie mógł przestać w nie patrzeć, a może nie chciał? I jeszcze ten uśmiech… Po jego głowie chodziły tylko dwa słowa: o matko kochana, o matko kochana…
Żołnierz [jakoś nie mógł się przełamać by nawet w myślach nazywać go po imieniu] siedział przed nim i uśmiechał się. I tym właśnie sprawił, że Isaac zupełnie zapomniał, co miał zrobić. Oderwał wzrok od jego przystojnej twarzy i zerknął na swoje dłonie trzymające bandaże. No tak, opatrunek. Musiał sprawdzić, czy rana się nie zainfekowała.
- Odwróć… – mężczyzna nie dał mu dokończyć, zamykając jego usta swoimi. Niezbyt dokładnie zaplanował to wszystko, co widać było po oczach chłopaka, który najwidoczniej był w szoku. Ten szok jednakowoż musiał szybko minąć, bo po kilku chwilach pocałunek Caina został odwzajemniony.
  Usta miał miękkie i ciepłe, smakował malinami. Cain położył dłoń na jego karku przyciągając go do siebie bardziej i prawie natychmiast wyczuł lekkie drżenie jego ciała pod jego dotykiem. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, po czym przeniósł swoje usta najpierw na jego policzek apotem na szyję, przygryzając lekko jego delikatną skórę.
  Gorąco. Uderzyło go nagle, wielką falą oblewając całe jego ciało. Czuł, że odpływa, a jego głowa opróżniła się z wszelakich myśli. Przeczuwał jednak, że to nie powinno się dziać, ale nie myślał o tym, by protestować.
Ba, uniósł nawet dłonie gładząc Caina po ciemnowłosej głowie. Cichy pomruk wydobył się z jego ust, zdradzając zadowolenie z pieszczoty. Opuszkami palców przesunął po jego nieogolonym policzku, ciemne oczy Isaac błyszczały, nadając jego twarzy nowego uroku.
Został pozbawiony koszulki, zgrabne palce Caina przebiegały po torsie i obojczykach nastolatka, przyprawiając go o dreszcz. Westchnął.
  Jasne promienie porannego słońca wdzierały się pod powieki śpiącego mężczyzny. Było mu wygodnie, a na jego zabandażowanej klatce piersiowej zalegał ciepły ciężar. Praktycznie nie czuł już bólu, zapewne niedługo stąd odejdzie. Ciepły ciężar poruszył się i zastygł znów. Jednak ten jeden, mały ruch wystarczył, ażeby Cain obudził się całkowicie. „To się nie stało” starał się przekonywać sam siebie mężczyzna. Otworzył oczy, a jego spojrzenie spoczęło na skulonym u jego boku Isaac Ciemna grzywka opadała mu na czoło i oczy skryte pod powiekami. Uśmiechał się delikatnie, zupełnie tak, jakby miał jakiś przyjemny sen. W pierwszym odruchu Montenegro chciał zamknąć powieki i dalej iść spać, ale wtedy przed oczyma stanęła mu postać wysokiej, smukłej, blondwłosej kobiety. Jej szare oczy były osadzone na lekko rumianej twarzyczce, malinowe, kuszące usta układały się w uśmiech. Hope. Kobieta, dla której Cain został żołnierzem, dla której walczył i która zawsze czekała na niego z otwartymi ramionami. Wiele razy powtarzała mu, że go kocha, a on odpowiadał jej tym samym, lecz bez śladu zaangażowania. To, co do niej czuł, tona pewno nie była miłość. Raczej sposób na samotność. On nigdy nie kochał nikogo tak naprawdę, chociaż wiele razy zdawało mu się, ze jest temu bliski. Teraz jednak miał dziwne przeczucie, że zdradził Hope.

Wyplątał się z objęć chłopaka i ubrał się. Mimo, że przy każdym ruchu czuł kłucie w nodze, postanowił poćwiczyć, by jak najszybciej wrócić do formy i odejść od tych niewinnych granatowych oczu.

_______

Nie jest to opowiadanie z Magi, mam pomysł na jego kontynuację, ale jak komuś się to spodobało, można z tego zrobić jakieś luźne AU. Wiem, że większość czekała na Magi w Hogwarcie, ale jakoś nie miałam na to ostatnio weny. Przeprowadzka, praca, mnóstwo innych spraw. Ale mam nadzieję, że coś innego napisanego przeze mnie również się wam spodoba.