- Dlaczego oni w ogóle ze sobą walczą? – siedzący przy
drewnianym, wyszorowanym stole brunet wpatrywał się w płomienie kominka. Na
zewnątrz była porządna ulewa, więc miło było siedzieć w ciepłym pomieszczeniu.
- Bo w naszym świecie nie może być długo spokoju. Ludzie
walczą, choć sami nie wiedzą, co nimi tak naprawdę kieruje. Nienawiść, zemsta? Nawet
ja tego nie wiem. Bractwo uznało to za jedną z zagadek, które nigdy nie zostaną
rozwiązane. Powinieneś się cieszyć, mój drogi uczniu, że my nie musimy brać w
tym udziału. – słowa te wypowiadał wiekowy dość staruszek, siedzący po drugiej
stronie stołu. Melancholijnym wzrokiem wpatrywał się w warkocze deszczu za oknem. Był czarodziejem oraz członkiem
Bractwa i żywił głęboką urazę wobec wszystkich żołnierzy, nawet tych, którzy
walczyli w dobrej sprawie. Na początku nawet nie chciał myśleć o tym, by
przyjmować kogokolwiek na nauki. Jednak Isaac był bardzo obiecującym, młodym
chłopcem i w wieku piętnastu lat postanowił zacząć szlifowanie swoich
umiejętności magicznych. Wychowywał się w rodzinie, która nie uznawała wojny,
ani agresji, byli to ludzie spokojni i życzliwi. Matka zielarka, ojciec
czarodziej na stanowisku miejscowego uzdrowiciela. Moc magiczną Isaac
odziedziczył po ojcu, zaś matka nauczyła go wszystkiego, co sama wiedziała o
dobroczynnych właściwościach wielu ziół. Chłopak nigdy nie miał zamiaru uczyć
się zaklęć atakujących, chociaż jego ojciec niezmiennie twierdził, że jego
jedyny syn musi umieć wszystko, by przetrwać w tym trawionym wojną świecie.
Wrażliwy Isaac szybko przekonał się, że rodzic mia rację.
Wojna błyskawicznie dotarła do jego rodzinnej wioski, pochłaniając wszystko, co
spotkała na swojej drodze. Żołnierze bez najmniejszych skrupułów plądrowali,
niszczyli i zabijali, nie patrząc czy to mężczyzna, kobieta czy maleńkie
dziecko.
Isaac był w lesie, szukał świeżych ziół dla swojej matki. Poprzez
korony drzew dostrzegł słupy czarnego dymu, znak, że gdzieś w pobliżu wybuchł
pożar. Wracał szybko, modląc się, by płomienie nie dosięgły jego domu
rodzinnego. Najgorsze obawy młodego uzdrowiciela sprawdziły się, dom płonął
niczym suchy liść. Jego rodzice byli w środku, wiedział to. Jednak nie poruszył
się, stał na obrzeżu lasu wpatrując się w tę katastrofę bez możliwości
mrugnięcia chociażby powieką.
Zgliszcza domu śniły mu się jeszcze przez wiele nocy, które
spędził pod gołym niebem. Podróżował do miasta, by tam udać się na naukę do
któregoś z czarodziejów. Nigdy więcej nie zamierzał dopuścić do takiej
sytuacji, jak ta, której musiał być świadkiem.
Starzec podniósł się i z kołka na drzwiach zdjął swój
płaszcz podróżny. Zarzucił na głowę kaptur i otworzył drzwi domu. Nigdy nie
mówił swojemu uczniowi gdzie, po co idzie i kiedy wróci. Czuł, że nie ma takiej
potrzeby, a Isaac ufał mu i wiedział, że nauczyciel nie zostawi go samego, dopóki
do końca nie opanuje swojej mocy. Gdy tylko drzwi zamknęły się za starym
czarodziejem Isaac westchnął i podniósł się ze swojego miejsca. Wyszedł z domu
i siadł na ganku. Tak w zasadzie to lubił deszcz. Lubił słuchać poszumu, który
wydawały spadające krople, a zapach powietrza po porządnej ulewie był bardzo
przyjemny i rześki.
Było ciemno, jak oko wykol, lecz chłopak widział wszystko
doskonale. Jego oczy, dzięki długotrwałym ćwiczeniom były przyzwyczajone do
braku światła.
Ruch pojawił się nagle, w odległości kilku łokci od niego.
Dostrzegł go kątem oka, i zaraz czujnie zwrócił się w tamtą stronę. Szelest
krzaków dał mu poznać, że ktoś się zbliża. Jego kroki były ciężkie i urywały
się co chwilę, jakby owy przybysz miał problem z poruszaniem się. Głuchy łoskot
świadczył, że bezwładne ciało zwaliło się na ziemię.
Isaac był rozdarty. Z jednej strony bał się, kto to może być
i że może go zaatakować, a z drugiej strony jego natura uzdrowiciela nie pozwalała
mu zostawić rannej osoby na środku drogi.
Nie zważając na deszcz wyszedł w ciemność, podchodząc do
miejsca, z którego dochodził owy dźwięk.
Mężczyzna. Najprawdopodobniej żołnierz, o czym świadczył
mundur, brudny, wystrzępiony i zakrwawiony, ale dało się poznać, że to
rebeliant, jeden z „tych dobrych”. Ciemnowłosy, ogorzała twarz. Był
nieprzytomny, nie oddychał. Isaac zastanawiał się, jak może mu pomóc, w tej
ciemności nie widział żadnych jego obrażeń. Postanowił przywrócić mu
przytomność, delikatnie klepiąc go po policzkach. Oczy czarne niczym dwie
studnie wpatrzyły się w niego a malowało się w nich zarówno zaskoczenie, jak i
przerażenie. Nastolatek otrząsnął się, starając się skupić. Przemawiał do niego
spokojnie, szukając różnych złamań, które uniemożliwiają mu chodzenie.
To była ciężka walka. Jego oddział, liczący trochę ponad
dziewięć setek ludzi, musiał zmierzyć się z dwutysięczną armią króla. Od
początku wszyscy wiedzieli, że to misja samobójcza, ale trzeba było wyrwać
okupantowi, choć kawałek niepodległego terytorium. Cain jako głównodowodzący prawego skrzydła starał
się zmotywować ludzi najbardziej jak tylko potrafił. Namawiał do walki za
ojczyznę wolną od despotycznego króla, gdzie to Królowa będzie rządzić
sprawiedliwie, spokojnie i bez żadnych wojen. Zasiał w ich sercach ogień walki,
sam z dziką furią rzucił się do ataku w pierwszej linii. Dzięki temu, że mieli
czarodzieja w swoich szeregach ich łuki nigdy nie chybiały a miecze były zdolne
skruszyć najgrubszą nawet zbroję. Jego ciosy były silne, wypełnione gniewem i
nienawiścią, przesiąknięte chęcią zemsty za spalone wioski i wymordowane
rodziny. Mocne ramiona dzierżące miecz młóciły powietrze, nie znając litości
wobec wrogów zwalających się na niego z każdej strony. Ten, kto patrzył na to z
boku, mógł śmiało stwierdzić, że porucznik Montenegro, mimo młodego wieku, był
jak żywe ostrze, błyskawiczne, bezlitosne, śmiercionośne.
Jednak poprzez gniew, który stanął mu przed oczyma niczym
zasłona, nie widział, że nieprzyjaciel planuje atak z powietrza. Smoki krążące
po niebie rzucały obszerne cienie na pole bitwy, dosiadający ich żołnierze
wypatrywali swoich potencjalnych ofiar. Cain okazał się idealnym celem,
najpierw strzała przeszyła mu udo, powodując prawie natychmiastowe powstanie
szkarłatnej plamy na jasnym materiale munduru. Nie zważając na to, żołnierz
poruszał się dalej. Kolejny ból przyszedł razem z ciosem wymierzonym w jego
plecy, długie, postrzępione cięcie biegnące przez całą ich długość. Zaczęło mu
się robić zimno, szybko tracił krew. Nie mógł polec, nie teraz! Jednak
przemożne zmęczenie zwyciężyło, upadł ciężko na ziemię. Żołnierz wrogiej armii
dźgnął go końcem włóczni zamierzając dobić. Cain stracił przytomność.
Z pola bitwy wynieśli go jego ludzie, myśląc, że nie żyje
ukryli jego ciało w głębi lasu, by zapobiec pastwieniu się nad zwłokami przez
wroga.
Ból przywrócił go światu. Nie wiedział gdzie jest, co się
stało, jego umysł był jak wyzuta gąbka. Wiedział tylko jedno. Boli. Stanął na
chwiejnych nogach, otępiały i straszliwie zmęczony. Wokół panowała cisza, bitwa
już dawno musiała się skończyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że dał się podejść
niczym małe dziecko. Zmierzał przed siebie, bez konkretnego celu, nie widząc
żadnego sensu w tej wędrówce przez mękę. Ale wiedział, że jak będzie siedział bezczynnie
to uśnie i już się nie obudzi. A teraz miał jeszcze szanse na ocalenie.
Zapadł mrok, zaczęło padać. Cain posuwał się resztkami sił.
Zamrugał kilkakrotnie ciężkimi powiekami widząc dym unoszący się niedaleko
niego. Dym oznaczał dom. Dom oznaczał ratunek. Zmusił się do przyspieszenia
kroku, mimo oślepiającego bólu towarzyszącego najmniejszemu chociażby ruchowi.
Nie dotarł. Padł na ziemię bez czucia kilka metrów od celu.
Głęboki granat tęczówek był pierwszym, co zobaczył po
przebudzeniu. Ktoś pochylał się nad nim, młody chłopak z zatroskanym wyrazem
twarzy bardzo delikatnie sprawdzał jego stan. Najpierw natrafił na ranę w
brzuchu, dość powierzchowną, ale stracił wiele krwi przez długi marsz. Błogie
ciepło rozlało się po jego umęczonym ciele, sprawiając, że nie mógł się nie
uśmiechnąć. Uśmiech ten był blady i szybko zniknął, jednak jak na razie była to
jedyna oznaka wdzięczności wobec niosącego mu pomoc. To był chyba jakiś
czarodziej, kątem oka dostrzegał złotawą poświatę dobywającą się z jego dłoni.
Leczenie go musiało sprawiać spory wysiłek, bo mimo ciemności Cain dojrzał jego
ściągniętą w skupieniu twarz.
- Musisz wstać. – odezwał się do niego, głos miał cichy,
aczkolwiek wyraźny, z nutką stanowczości. – Zaleczyłem twoje udo, musimy dojść
do domu, nie możesz w takim stanie przebywać na deszczu. – Cain wstał
posłusznie, nie miał w sumie innego wyjścia. Chciał jak najszybciej dojść do
siebie, wrócić do miasta i na pole bitwy. Tam toczyło się jego życie. Nie
znosił być dla kogoś ciężarem, a teraz na pewno przez jakiś czas będzie nim
dlatego chłopaka.
Głęboki granat tęczówek był ostatnim, co zobaczył zanim
zapadł w sen.
Isaac siedział przy
stole, głęboko zamyślony. Nauczyciel jeszcze nie powrócił, zapewne stanie się
to dopiero rano. Do tego czasu mógł spokojnie pomyśleć, co zrobić z przybyszem
leżącym teraz w jego pokoju i nękanym przez gorączkę. Gdy Maron wróci, to
dopiero będzie awantura… Jego ulubiony, jedyny uczeń postanowił zaopiekować się
żołnierzem, zakałą narodu, źródłem nieszczęść wszelakich. Ale przecież on i tak
nigdy nie zagląda do jego pokoju, więc mężczyzna jak na razie będzie miał tam
bezpieczne schronienie.
Po godzinie tych rozmyślań Isaac wstał i westchnął. Trzeba
było zmienić opatrunki, a ran było wiele. Po cichu otworzył drzwi do swojego pokoju
i wszedł, niosąc ze sobą świecę. Postawił ją ławie skrzyniowej i usiadł na
brzegu łóżka. Uśmiechnął się do siebie słysząc spokojny i regularny oddech
mężczyzny; gorączka spadła. Zaczął mu się przyglądać. Jego zdecydowanym rysom,
nieogolonej szczęce, prostym nosie i ustom. Tu zawiesił wzrok na dłuższą
chwilą, sam nie wiedział, dlaczego. Jego wargi, wąskie, lecz ładnie wykrojone,
były lekko rozchylone, jakby w oczekiwaniu na pocałunek ukochanej. Po głowie
Isaaca zaczęły krążyć dziwne myśli, więc zamrugał kilkakrotnie oczami. Gdy
odzyskał spokój wewnętrzny, a przynajmniej jego pozory, uniósł jego koszulę, by
opatrzyć najpoważniejszą ranę na brzuchu. Mężczyzna był szczupły, ale
umięśniony. Isaac przez chwilę poczuł ukłucie zazdrości, chociaż sam nie miał najgorszej
sylwetki. Zdjął przekrwawiony opatrunek i zawieszając dłonie nad raną zaczął
cicho mruczeć formułę uzdrawiającą. Zazwyczaj, gdy kogoś leczył, skupiał się
tylko na wykonywanym przez siebie zadaniu, z zamkniętymi powiekami oddając się
magii przepływającej przez jego dłonie. Teraz było zupełnie inaczej, gdy tylko
przymknął oczy widział jego twarz. Uśmiechającą się do niego tymi ustami… Nie,
wróć! Spokojnie, spokojnie. Wdech i wydech. Zostawił brzuch, zakładając świeży
opatrunek razem z nową dawką ziół uśmierzających ból. Teraz musiał zając się
postrzelonym udem. Poczuł, że jego policzki i kark owiewa ciepło. Mężczyzna
miał na sobie tylko prowizoryczną przepaskę na biodrach. Dziwnie drżącymi
dłońmi odchylił kołdrę i powtórzył czynności uzdrawiające, nie bez trudu z
koncentracją. Mruczenie monotonnej litanii przerwał mu lekki ruch. Momentalnie
uniósł powieki i znów miał przed sobą te oczy, czarne jak dwa odłamki węgla.
- Dziękuję.
Isaac sam przed sobą bał się przyznać, że gdy siedział w
głównym pomieszczeniu domu zastanawiał się nad brzmieniem głosu przybysza.
Wyobrażał sobie warkot zachrypły od ciągłego wywrzaskiwania rozkazów. Nie mylił
się tylko w jednej rzeczy. Głos mężczyzny był lekko ochrypnięty, lecz to
zapewne od gorączki i ze zmęczenia. Tak poza tym był głęboki, przypominający
mruczenie kota. Znów poczuł te rumieńce.
- Nie ma za co. To moja powinność. Jestem Isaac, proszę
pana. – to była zwykła, grzecznościowa formułka, którą wygłaszał za każdym
razem, gdy ktoś okazywał mu swą wdzięczność za doskonale wykonaną pracę. Jednak
teraz Isaac nie wiedział, co powiedzieć, jak się w tej sytuacji zachować. Chyba
pierwszy raz w ciągu całego swojego życia. Może i nie lubił rozmawiać z obcymi,
ale był zaradny i zawsze wiedział, jak należy postąpić. A teraz miał w głowie
tylko ten głos.
- Cain. I jak będziesz do mnie mówił per pan, to się już do
ciebie nie odezwę, mimo całej mojej wdzięczności, za okazaną pomoc. –mówienie
przychodziło mu jeszcze z lekkim trudem, ale na jego ustach pojawił się
uśmiech.
„ O matko kochana” Tylko tyle zdążył pomyśleć Sparks, zanim
otrzeźwiał i znów zajął się raną. Dłonie znów lekko mu drżały, palcami lekko
muskał skórę wokół otworu po strzale na jego udzie. Ciepło z policzków i szyi
przeniosło się w okolice żołądka. Uspokajając się w myślach zacisnął usta
starając się nie zwracać uwagi na uśmiech, który nadal widniał na twarzy Caina
- Musisz się położyć się na brzuchu, żebym mógł zmienić
opatrunek na twoich plecach. – mruknął cicho, nie chcąc dać poznać swojego
stanu i dziwnych, przyspieszonych ruchów serca.
Żołnierz usiadł, z
cichym jękiem wyprostował plecy. Lubił nocne niebo. Widział je właśnie w oczach
tego chłopaka. Dlatego uśmiechał się, opróżniając swój umysł z wszelakich
myśli. Teraz liczyły się te oczy i ciepłe dłonie niosące ukojenie po wojennych
trudach. Musiał mu się jakoś odwdzięczyć, prawda?
Isaac czuł się jakby tonął. Jakby te czarne
oczy całkowicie go wciągały. Nie mógł przestać w nie patrzeć, a może nie
chciał? I jeszcze ten uśmiech… Po jego głowie chodziły tylko dwa słowa: o matko
kochana, o matko kochana…
Żołnierz [jakoś nie mógł się przełamać by nawet w myślach
nazywać go po imieniu] siedział przed nim i uśmiechał się. I tym właśnie
sprawił, że Isaac zupełnie zapomniał, co miał zrobić. Oderwał wzrok od jego
przystojnej twarzy i zerknął na swoje dłonie trzymające bandaże. No tak, opatrunek.
Musiał sprawdzić, czy rana się nie zainfekowała.
- Odwróć… – mężczyzna nie dał mu dokończyć, zamykając jego
usta swoimi. Niezbyt dokładnie zaplanował to wszystko, co widać było po oczach
chłopaka, który najwidoczniej był w szoku. Ten szok jednakowoż musiał szybko
minąć, bo po kilku chwilach pocałunek Caina został odwzajemniony.
Usta miał miękkie i
ciepłe, smakował malinami. Cain położył dłoń na jego karku przyciągając go do
siebie bardziej i prawie natychmiast wyczuł lekkie drżenie jego ciała pod jego dotykiem.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu, po czym przeniósł swoje usta najpierw na jego
policzek apotem na szyję, przygryzając lekko jego delikatną skórę.
Gorąco. Uderzyło go
nagle, wielką falą oblewając całe jego ciało. Czuł, że odpływa, a jego głowa
opróżniła się z wszelakich myśli. Przeczuwał jednak, że to nie powinno się
dziać, ale nie myślał o tym, by protestować.
Ba, uniósł nawet dłonie gładząc Caina po ciemnowłosej
głowie. Cichy pomruk wydobył się z jego ust, zdradzając zadowolenie z
pieszczoty. Opuszkami palców przesunął po jego nieogolonym policzku, ciemne
oczy Isaac błyszczały, nadając jego twarzy nowego uroku.
Został pozbawiony koszulki, zgrabne palce Caina przebiegały
po torsie i obojczykach nastolatka, przyprawiając go o dreszcz. Westchnął.
Jasne promienie
porannego słońca wdzierały się pod powieki śpiącego mężczyzny. Było mu
wygodnie, a na jego zabandażowanej klatce piersiowej zalegał ciepły ciężar.
Praktycznie nie czuł już bólu, zapewne niedługo stąd odejdzie. Ciepły ciężar
poruszył się i zastygł znów. Jednak ten jeden, mały ruch wystarczył, ażeby Cain
obudził się całkowicie. „To się nie stało” starał się przekonywać sam siebie
mężczyzna. Otworzył oczy, a jego spojrzenie spoczęło na skulonym u jego boku
Isaac Ciemna grzywka opadała mu na czoło i oczy skryte pod powiekami. Uśmiechał
się delikatnie, zupełnie tak, jakby miał jakiś przyjemny sen. W pierwszym
odruchu Montenegro chciał zamknąć powieki i dalej iść spać, ale wtedy przed
oczyma stanęła mu postać wysokiej, smukłej, blondwłosej kobiety. Jej szare oczy
były osadzone na lekko rumianej twarzyczce, malinowe, kuszące usta układały się
w uśmiech. Hope. Kobieta, dla której Cain został żołnierzem, dla której walczył
i która zawsze czekała na niego z otwartymi ramionami. Wiele razy powtarzała mu,
że go kocha, a on odpowiadał jej tym samym, lecz bez śladu zaangażowania. To,
co do niej czuł, tona pewno nie była miłość. Raczej sposób na samotność. On
nigdy nie kochał nikogo tak naprawdę, chociaż wiele razy zdawało mu się, ze
jest temu bliski. Teraz jednak miał dziwne przeczucie, że zdradził Hope.
Wyplątał się z objęć chłopaka i ubrał się. Mimo, że przy
każdym ruchu czuł kłucie w nodze, postanowił poćwiczyć, by jak najszybciej
wrócić do formy i odejść od tych niewinnych granatowych oczu.
_______
Nie jest to opowiadanie z Magi, mam pomysł na jego kontynuację, ale jak komuś się to spodobało, można z tego zrobić jakieś luźne AU. Wiem, że większość czekała na Magi w Hogwarcie, ale jakoś nie miałam na to ostatnio weny. Przeprowadzka, praca, mnóstwo innych spraw. Ale mam nadzieję, że coś innego napisanego przeze mnie również się wam spodoba.