Inspiracja
artem z grupy na fb i rozmowami z Hibu i tess. Dawno nie płakałam ze śmiechu.
Judal w najwyższym stopniu
znudzenia siedział przy stole Ślizgonów w Wielkiej Sali i obserwował całą
resztę. To była jego szósta Ceremonia Przydziału, gdy patrzył jak
jedenastoletnie chłystki wkładają ten stary, wrzeszczący kapelusz. Czasami
zdarzały się przypadki śmieszne, godne większej uwagi, jak w tamtym roku, gdy
jakiś dzieciak słysząc głos Tiary w swojej głowie zaczął mamrotać, że chyba
jednak odziedziczył tą schizofrenię. Niektórzy się po prostu nie nadawali, tyle
w temacie. Judal był czystokrwistym Ślizgonem, chociaż nie był aż tak
owładnięty manią tej czystości jak pozostali mieszkańcy jego domu. Gdyby tak
było, nawet nie spojrzałby na żadnego Krukona, których zauważało się tylko
wtedy, gdy trzeba było odpisać wypracowanie albo ściągnąć na egzaminie.
Ale Hakuryuu był inny, Krukon
tylko z nazwy, często zawstydzał resztę mieszkańców Slytherinu swoją
przebiegłością i odkrycie tylu sposobów na niezauważalne dostanie Siudo ich
dormitorium.
O tym związku wiedzieli wszyscy,
Judal nie należał do osób, które ukrywały swoją zdobycz, ciesząc się nią tylko
gdy nikt nie widział. Ludzie mogli patrzeć i zazdrościć, ale gdy tylko ktoś
zbliżył się do Haku, maił różdżkę przy gardle zanim zdążył wypowiedzieć jego
imię. Na wszystkich potencjalnych rywali, czyli praktycznie całą męską część
Hogwartczyków od klasy czwartej wzwyż, patrzył z miną pod tytułem "rusz co
moje a upierdolę łapy przy samej dupie". Hakuryuu też nie był zbyt chętny
do zbliżeń z innymi, wystarczyło jedno spojrzenie lodowato niebieskich oczu, by
delikwent zmył się szybciej niż pojawił.
- Zdecydowanie nie powinieneś być
Krukonem. Kolejny dowód na to, że ten kawałek szmaty do niczego się nie nadaje.
- z tak typową dla siebie wyższością odrzucił warkocz na plecy, gdy po
ceremonii i uczcie znaleźli się razem w zacienionej wnęce.
- A Twoje ręce jak zwykle są tam
gdzie nie powinny. Mój tyłek jest niżej. - odparł spokojnie Ren, patrząc
Judalowi prosto w oczy. Nie, wcale nie był wrednym, kuszącym sukinsynem,
który najpierw mącił w głowie a potem tak po prostu odchodził, by dołączyć do
przechodzących właśnie ludzi ze swojego domu. Judal tylko zgrzytnął zębami
patrząc za nim i już chciał rzucić klątwę na swędzenie tyłka na przykład, ale
doskonale wiedział, że ten chłopak był zbyt przebiegły i mogło się to skończyć
niezbyt ciekawie.
- Znowu to zrobił? – zapytał
Cassim, zatrzymując się obok niego. Ślizgoński krawat miał już znacznie
rozluźniony a rękawy białej koszuli podwinięte. Nie nosił tego idiotycznego
sweterka w serek, prędzej przypaliłby go jednym ze swoich nieodłącznych
papierosów. Jak zwykle czuł było od niego dymem, czyli już znalazł chwilę by
oddać się swojemu nałogowi. Judal uśmiechnął się do niego lekko. Nigdy nie
zadawał się z ludźmi, którzy nie przynosili mu żadnych korzyści. Taki Cassim na
przykład był całkiem niezłym zaopatrzeniowcem na różnego rodzaju imprezach.
Jeśli oczywiście ktoś miał jak mu zapłacić, bo przecież w tym świecie nie ma
nic za darmo.
- A gdzie Olba? Myślałem, że
jeszcze tylko brakuje mu obroży na szyi i smyczy w Twoim ręku do tak cudownego
obrazka. – oparł się o ścianę biodrem, patrząc cały czas w twarz chłopaka.
Cassim parsknął, najwyraźniej ubawiony, bo przecież to Judal, jego gadką nie ma
się co przejmować, bo zawsze pierdoli takie farmazony od rzeczy.
- Została w łóżku, tam gdzie jej
ostatnio używaliśmy. – odparł, przesuwając zakolczykowanym językiem po dolnej
wardze. Cóż, jeśli ktoś powiedział, że Ślizgoni zajmują się tylko knuciem i
intrygami, najwyraźniej nie poznał tej dwójki, która wolała zajmować się
poznawaniem własnej anatomii we wszystkich dogodnych do tego miejscach, niż
dywagowaniem nad tym, kto przejmie władzę nad światem.
- Nie musiałem o tym wiedzieć. – skrzywił się Judal i
odepchnął od ściany. Do lochów na szczęście nie była daleka droga, więc zaraz
przywitało ich elegancko chłodne wnętrze Pokoju Wspólnego. Judal opadł na jeden
z foteli, przerzucając nogi przez jego oparcie. Po długiej, sytej uczcie
praktycznie wszyscy poszli już do łóżek, więc byli jedynymi w tym
pomieszczeniu. Cassim rozłożył się na kanapie i zapalił papierosa. Oczywiście
na salon były nałożone zaklęcia, które uniemożliwiały wykrycie dymu.
- Pierwszy dzień szkoły a Kouhy już nie ma na horyzoncie?
Mogę się założyć, że właśnie okupuje czyjeś łóżko. Któreś z kolei. – stwierdził
Cassim, zwisając z kanapy głową w dół i wypuszczając kółka z dymu.
- Sam go zaliczyłeś, więc nie bądźmy hipokrytami. Niech
sobie używa, gdybym ja był pół wilą też korzystałbym z tego w taki sposób. –
Judal wzruszył ramionami, zaraz siadając w fotelu po turecku. – Chociaż można
by z tego niezłe profity wyciągać. Poza wielokrotnym orgazmem oczywiście.
- Znowu mnie obgadujecie? – rozległ się radosny głos od
strony wejścia do lochów. Żaden z chłopaków nawet nie drgnął na jego dźwięk,
zupełnie jakby się tego spodziewali. Kouha zrzucił z kanapy nogi Cassima i
usadowił się na niej wygodnie, zabierając mu odpalonego papierosa.
- Kto tym razem? – zapytał, spokojnie wyjmując z paczki nową
fajkę, bo wiedział, że tej Kouha mu już nie odda. Ren zaciągnął się z lubością
a jego różowe usta rozciągnęły się w kocim uśmiechu.
- Krukon. Razy dwa. Bliźniaki to jednak pożyteczna rzecz. I
kto by pomyślał, że oni czytają nie tylko podręczniki… - parsknął rozbawiony,
zakładając nogę na nogę. Można było śmiało stwierdzić, że był najbardziej
charakterystycznym uczniem całym Hogwarcie, bo nawet jeśli ktoś go nie znał, to
wszyscy o nim słyszeli. A większość poznała go zdecydowanie lepiej niż powinna.
Mając szesnaście lat i dwóch starszych braci za nauczycieli, Kouha zwiedził
praktycznie wszystkie sypialnie i inne miejsca, w których dało się uprawiać
seks. I chociaż zarówno Kouen jak i Koumei doskonale o tym wiedzieli,
zaprzestali już starań, by go od tego odciągnąć, bo to po prostu nie miało
sensu. Zupełnie tak, jakby ktoś chciał powstrzymać samego Kouena i jego hobby
dupienia Gryfonów z Sinbadem na czele. Syzyfowa robota, bo i tak będzie robił
swoje.
- No, Olba jest totalnym, niewyżytym zboczeńcem, ale nie
lubi się dzielić, więc powtórki z rozrywki raczej nie przewiduję. – Cassim uśmiechnął się przepraszająco do Kouhy, na co ten oblizał
usta i pocałował go z głośnym cmoknięciem.
- Wybacz, skarbie, ale nie wchodzi się dwa razy do tego
samego łóżka. – powiedział, kończąc papierosa i wstał.
- To niedługo Ci tych łóżek zabraknie, bo chyba
czternastolatki niezbyt cię jarają. Chociaż…
- Nie, Judal, nie chcę wiedzieć co zrobi Kouha gdy już
zaliczy wszystkich starszych uczniów i nauczycieli.
Kouha tylko prychnął i odrzucił różowe włosy na plecy, wychodząc z salonu
Ślizgonów na korytarz. Może akurat komuś będzie się nudziło?
Przechodząc obok starego pomieszczenia woźnego usłyszał
stłumione głosy kogoś, kto najwyraźniej nie chciał zostać odnaleziony.
- Moje pośladki to nie tłuczki, barbarzyńco! – oburzył się
ktoś, kto chyba nie był do końca zadowolony z pozycji w jakiej się znalazł.
- Dwa tłuczki, jedna pałka. W sam raz. – odezwał się drugi,
niższy głos a potem rozległo się plaśnięcie i jęk, najprawdopodobniej zduszony
dużą dłonią na ustach. Ren uśmiechnął się pod nosem. Cóż, zawodnicy quidditcha
naprawdę mieli zboczenia zawodowe. Ale za to byli mistrzami w polerowaniu
trzonków, o czym nie raz się przekonał.
No co poradzić, po wakacjach wszyscy się za sobą stęsknili i
trzeba było nadrobić zaległości w stosunkach międzyludzkich, na które tak
nalegał dyrektor Mogamett.
A kimże był Kouha, by się nie stosować do dyrektorskiego
polecenia?
