Dla Hibari, od dawna, wreszcie i za wszystko.
Zacząłem, gdy tylko zaczęliśmy chodzić do jednej klasy w liceum.
Jeszcze nigdy nie odczuwałem czegoś takiego, zazwyczaj jakikolwiek projekt czy
rysunek powstawał powoli, zaplanowany z najdrobniejszymi szczegółami. Teraz było
zupełnie inaczej, poczułem ten impuls, który zna chyba każdy artysta, nie
ważne, czy to malarz, pisarz czy ktoś zajmujący się innym rodzajem sztuki. Nie
chciałem brzmieć głupio i tandetnie, ale to pierwsze spotkanie dość dużo
zmieniło w moim życiu. Nie było wielkiego bum, nie zagrały trąby anielskie i
nie stanąłem na środku korytarza porażony obezwładniającym pięknem, które właśnie
mi się objawiło. Gdy tylko go zobaczyłem, po prostu podszedłem do niego i
spojrzałem mu w oczy.
- Chcę Cię narysować. – oznajmiłem po prostu. Chłopak przed
mną tylko się uśmiechnął i rozłożył zapraszająco ręce, zupełnie jakby nie
chodziło o zwykły rysunek tylko coś zgoła bardziej głębszego, dostępnego tylko
dla nas dwóch.
- Tu i teraz. – odparł, odwzajemniając moje spojrzenie bez
śladu zakłopotania. Pewnie gdyby ktoś inny był na jego miejscu, na taką
propozycję zareagowałby albo śmiechem albo zawstydzeniem i nagłą ewakuacją. A
ten tutaj nie należał do żadnej z tych grup i to mi się tak w nim spodobało.
Pierwszy portret
Judala wykonany przez Hakuryuu powstał na szkolnym korytarzu liceum
ogólnokształcącego Kou.
Żeby opisać tu
wszystkie kolejne razy, gdy twarz długowłosego bruneta wyszła spod palców Rena,
trzeba by było poświęcić na to kilka osobnych rozdziałów.
Na każdej lekcji na jakimś skrawku papieru pojawiał się
kolejny szkic, każdy inny od poprzedniego, wyróżniający się chociaż jednym
detalem. Za każdym razem potrafiłem znaleźć coś innego, wartego odkrywania na
nowo, zapamiętania i uwiecznienia. Judal był abstrakcyjny, zupełnie niczym
obraz, a przynajmniej tak określiłbym go jako artysta. Trzeba było wiedzieć, jak
patrzeć, żeby zrozumieć. A ja wiedziałem. I rozumiałem. Wiedziałem, że Judal
nie otwiera się przed każdym, że zawsze pod maską ironicznego uśmiechu i kpiny
w głosie skrywa coś, co nie chce by zostało ujrzane, wystawione na pośmiewisko.
Nawet mi nie wszystko mówił, chociaż i tak w naszej tworzonej przez trzy lata
liceum relacji nie padło zbyt wiele słów. Wymowne milczenie lub gwałtowne czyny
były o wiele lepszym przekaźnikiem niż cokolwiek innego, czasami nawet nie było
słów, żeby wyrazić chaos i nieporządek w głowie i sercu. Chmury były zbyt ciężkie,
by mógł je rozgonić pierwszy promień słońca.
Drugi portret Judala
został stworzony w zupełnie innej atmosferze i okolicznościach, niekoniecznie
ku temu sprzyjającym, ale może dzięki temu właśnie nie był idealny.
Przełykałem litry upokorzenia, mógłbym stać się jeziorem
zawstydzenia i nikt specjalnie by się tym faktem nie przejął, bo wszyscy i tak
mieli mnie już za wystarczająco ekscentrycznego dziwaka z ołówkiem za uchem i
niezmywalnymi śladami farb na palcach. Jakbym dopiero co unurzał ręce w skrzydłach
motyla i był to jedyny ślad mojej zbrodni, która przywarła do mnie i nie było
mi z tym jakoś wybitnie źle. Te smugi przypominały mi niezmiennie, że świat to
nie tylko szarość, czerń i stal. Że to nie tylko surowość, kanciaste kształty i
twardość. Były jak gumka recepturka na nadgarstku, którą zakłada się dzieciom,
by pomóc im pozbyć się jakiegoś brzydkiego nawyku.
Ale Judal był czernią, szarością i stalą. Wiedziałem o tym i
wiedziałem, że to nie jest dla mnie dobre, ale nie zwracałem na to uwagi,
jakbym po prostu minął niezbyt interesujące mnie ogłoszenie na słupie w centrum
miasta. Takich ogłoszeń zawsze jest tam mnóstwo, więc jedno nigdy nie rzuca się
w oczy, chyba, że człowiek się przygląda i chce je znaleźć.
Ja malowałem czerń, szarość i stal w motylich barwach,
rozmiękczałem twardość i rozmywałem kanciaste rysy. Ale nie zawsze. Tylko on
zawsze pozostawał w stanie surowym, takim, jakim zawsze był i zapewne zawsze
będzie, bo inaczej by go nie było.
Głęboka studnia poczucia winy zdawała się nie mieć dna,
kiedy zajrzałem tam, po zarzucie, że Judal nie ma dla mnie czasu. Przecież nie
był moją własnością, tak jak ja nie należałem do niego. Sami od siebie byliśmy
zależni, każdy sam układał litery swojego życia w pasujące mu zdania, nawet
jeśli dla niektórych były zupełnie pozbawione sensu.
Judal kiedyś powiedział, że nasza relacja jest jak moje
oczy. Nie jest jednolita, zwykła i powtarzalna, ma dwa oblicza, które pokazują
się niezależnie od siebie i bez naszego wpływu. Po tych słowach długo patrzyłem
w lustro i zastanawiałem się, dlaczego akurat m o j e oczy. Od wypadku w
dzieciństwie nie lubiłem ich, tak samo zresztą jak całej reszty swojego
wyglądu, chociaż dopiero to nadawało mi cechy dziwaka. Judal zdawał się patrzeć
na mnie nie widząc, chociaż ja miałem z tym spory problem.
Mój kuzyn, będący nauczycielem historii w Kou, od zawsze
powtarzał mi, że w ten sposób do niczego w życiu nie dojdę, że nie jestem taki
jak moi starsi bracia. Zawsze uwielbiał spędzać z nimi czas, był naprawdę
częstym gościem w naszym domu, gdy wieczorami siedzieli przy herbacie i
rozmawiali, długo i z wielką pasją, na tematy, które tylko ich fascynowały do
tego stopnia, że czas rozsypywał się w nic nie znaczący proch. Gdy siedzieli
naprzeciwko siebie spuszczając z siebie oczy tylko na kilka sekund, by napić
się w ciszy stygnącego już napoju, rozumiałem, że Hakuyuu i Kouen odnaleźli to
samo porozumienie, które łączyło teraz mnie i Judala. Że razem mogli być
milczeniem, mogli żyć wspólnymi przeżyciami, chociaż co mógł przeżyć historyk i
bibliotekarz? Ale im nigdy nie brakowało tematu do rozmowy czy sposobności do
milczenia, co powodowało nie raz u mnie dziwne uczucie, że to jednak zbyt
intymne, by tak po prostu stać w progu pokoju starszego brata i podsłuchiwać
jego rozmowę.
Teraz, gdy Kouen nie pojawił się w naszym domu od bardzo
dawna, czasami łapałem się na tym, że przystawałem przy drzwiach, stąpając
delikatnie, by uniknąć skrzypienia starych desek, chociaż jedynie kurz mógłby
się oburzyć o zakłócanie mu hałasu. Zawsze po tym robiłem sobie tą samą herbatę
i czytałem książki z wielkiej biblioteki Hakuyuu, których nagromadził tyle, że
mógłby utonąć w słowach, ukryć się między kartkami i nikt by go nie znalazł,
jeśli nie wiedziałby jak szukać.
Judal o tym wiedział. Nigdy nie wspominałem mu o tym tak
bezpośrednio i zamierzenie, ale byłem przekonany, że on wie i rozumie, że
milczy tylko dlatego, by nie wprawiać mnie w zakłopotanie. Bo wiedział, że
śmierć braci i ojca nadal boli, że matka, która wyszła za najbogatszego
człowieka w mieście nie jest powodem do dumy a źródłem niewyczerpalnej
nienawiści, niczym bateria słoneczna. Judal za każdym razem gdy przyłapywał
mnie na piciu tej herbaty, wyciągał w milczeniu kubek, który nazywał swoim i
podstawiał mi pod nos. Gdy zalałem mu herbatę dopiero po dwóch pierwszych
łykach, które oczywiście musiał ostrożnie podmuchać, bo inaczej wystawiał język
i biadolił, że się poparzył, zaczynał mówić. Dwa łyki, jedno skrzywienie i
westchnięcie.
Lubiłem obserwować te jego drobnostki, te rzeczy, które sprawiały,
że Judal był jedną z niewielu stałych rzeczy w moim życiu i nie zamierzał tego
zmieniać, bo było mu po prostu zbyt wygodnie.
Potem słuchałem o jego dniu, który różnił się od mojego tak
bardzo, jak moje oczy różnią się od siebie.
- Alibaba znów myślał, że poderwie Kouena na pilnego ucznia.
Zobowiązał się do napisania eseju na dni szkoły, chociaż co on wie o historii?
– siorbnął herbaty i podciągnął nogi na wysokie krzesło, chociaż wiedział, że
to jest akurat najbardziej chybotliwe i może wylądować tyłkiem na zimnych
płytkach. - Zobaczysz, jeszcze dzisiaj wieczorem zadzwoni i będzie płakał, że
nie da rady, że Kouen będzie rozczarowany a on nie może go rozczarować! Ale tym
razem nie będę z nim siedział po nocy albo w sobotę. Niedoczekanie, nie tym razem.
On ma potem dobry seks za odrobienie pracy domowej a co ja mam?
Kolejne siorbnięcie herbaty, skrzywienie na cierpki smak, bo
oczywiście nie pozwalałem mu jej słodzić. Kto słodzi zieloną herbatę? A Judal
przyjmował to, chociaż oczywiście z grymasem i pokazaniem jak to bardzo jest
ciemiężony w tym domu, że mu nawet cukru żałuję. Ale niestety to była chyba
jego jedyne ustępstwo, o resztę zazwyczaj musiałem się wykłócić a i tak nie
zawsze osiągałem to chciałem.
- No jasne, że nie będziesz. W końcu ty też znasz się na
historii jak wół na gwiazdach. – uśmiechnąłem się do niego beztrosko, chociaż
wiedziałem, że zaraz prychnie i uniesie się, tym razem mnie wpędzając w
poczucie winy i fakt, że zwątpiłem w jego wszechstronne umiejętności. Ale w
końcu Alibaba był przyjacielem Judala i dla niego zapewne wziąłby ze sobą
podręcznik i poszedł pisać ten referat. A raczej ściągnąć go z internetu i
udawać, że to on sam jest taki mądry iż robi nawet przypisy i linki.
- Alibaba po prostu nie wie jak robić, żeby się nie narobić.
Ktoś musi go w tej kwestii oświecić bo inaczej biedak zaharuje się na śmierć. I
oczywiście, że to będę ja, bo kto inny wyciągnie pomocną dłoń do takiego
życiowego nieogara?
Judal i jego wspaniałomyślność. To było połączenie tak
absurdalne, że aż śmieszne, można się było tylko zastanawiać czego tym razem
będzie chciał za swoją bezinteresowną pomoc, która tylko tak ładnie brzmiała
dla utrzymania pozorów.
Potem przyszła pora na rozstawienie sztalugi i wyciągnięcie
pędzli, chociaż najpierw ważniejsza była konieczność zatamowania krwawienia z
ugryzionej wargi, bo herbata nie była słodka. Ukąszenie jest niegroźne, wręcz
prowokujące, jakby zostawiło na moich ustach przekaz „sprawdź mnie”. A ja
często się na to łapię i chętnie sprawdzam. Bo rezultat za każdym razem jest
inny, chociaż smak pozostaje ten sam. Gdy podejmuję jego wyzwanie liże mnie
tysiąc płomieni i czuję się jakby tylko on mógł to ostudzić, dlatego trzymam
się tak blisko niego. Ja jestem płomieniem a Judal wodą, strumieniem, wartkim i
gwałtownym, fale jego palców podążają własnym nurtem po moim ciele przynoszącym
chłód i uzależniając, sprawiają, że nigdy nie pomyślę o jakimś innym sposobie
ucieczki od ognia, który nic mi nie da.
Gdy patrzy na mnie tak blisko, czuję, że się rozpadam, że
ubranie, które j e s z c z e mam na sobie jest scaleniem mojego ciała,
powstrzymuje je przed staniem się milionem kawałeczków niczym szyba stłuczona
gołą dłonią w wyrazie ślepej furii. Ale spojrzenie nie wystarcza, nie pozwala
się nasycić, sprawia, że potok staje się wodospadem, huczącym mi w głowie i
pozbawiającym wszelkich myśli, a przynajmniej tych racjonalnych. Zostaje tylko
jedno, powtarzające się i monotonne, dotknij mnie dotknij mnie dotknij mnie.
Dotyka, czuję to każdym centymetrem skóry, nawet tym, który jest
jeszcze ukryty przed jego głodnymi palcami. Ale nie powinienem tak mówić. Przed
Judalem już nic nie jest ukryte, już dawno wszystko poznał, chociaż nadal
odkrywał na nowo, zdobywał i cieszył się tym niczym drapieżnik, którego w
takich chwilach mi przypominał.
Jestem jego ofiarą i nie odczuwam strachu, czuję może nawet
trochę masochistycznej satysfakcji na myśl o tym, że już za chwilę, za jeden
ruch i jedno szarpnięcie znów mnie upoluje, zdobędzie i usidli a ja będę się
wyrywał tylko po to, by podsycić jego gwałtowność, by do woli nakarmić się tymi
wyzwolonymi emocjami, których brak na co dzień, które są tylko moje a
przynajmniej lubię tak myśleć. Posiadanie jest przyjemne i sprawia, że
uśmiecham się lewym kącikiem ust a lewa brew Judala unosi się jak zsynchronizowana.
No tak, rzadko widzi taki uśmiech, więc ma pełne prawo do zdziwienia. W
odpowiedzi tylko ponaglam jego ręce, które zatrzymały się w okolicy bioder,
żeby nic nie mówić, nie zepsuć, nie nadać sensu i powodu czemuś, co nie powinno
go mieć, co miało być tylko drgnieniem, impulsem i porywem, zabłysnąć i zgasnąć
niczym płomień świecy na gwałtownym wietrze.
Sztaluga zostaje zapomniana, białe płótno krzyczy o uwagę,
nie chce zostać takie puste i nagie, ale jestem głuchy i ślepy, tylko czuję i
pragnę. Judal patrzy na mnie wzrokiem głodującego, przed którym postawiono
jedzenie i zakazano jeść, ja czuję radość, że to akurat ja wywołuję to
spojrzenie, nikt inny, nikt poza mną. Nie mam co do tego pewności, ale mam
nadzieję, którą trzymam na wszelki wypadek, by użyć jej kiedy przyjdzie pora
deszczu wątpliwości.
- I tak znowu będziesz nalegał, prawda? – zapytał Judal,
kiedy pękła gumka na końcu jego warkocza a moje usta złożyły się w nieme „ups”
i wcale nie było mi przykro.
- Specjalnie dla Ciebie. – odparłem lakonicznie, doskonale
znając przebieg tego typu rozmów. Nie, nie czułem rutyny ani przyzwyczajenia,
efekt zaskoczenia za każdym razem działał i nie dał się przewidzieć jak ruch w
szachach. Mat zawsze przychodził niespodziewanie.
Trzeci portret Judala
powstał jeszcze wcześniej niż pierwszy, w inny sposób niż drugi i znaczył
więcej niż oba razem i wszystkie inne razem wzięte.
To wtedy mi pozwolił a ja poczułem, że moje serce się
uśmiecha, chociaż to była banalna odpowiedź na przedawnioną prośbę, która
leżała między nami jak niechciana rzecz, która tylko zbiera kurz, ale zostaje,
by nie sprawić przykrości i zawodu. Starałem się by ręce mi nie drżały, by podekscytowanie
nie wykwitło szkarłatem na mojej twarzy, odczuwałem to jako wysiłek wręcz
fizyczny, gdy zmuszałem własne ciało i umysł do posłuszeństwa.
Tym razem nie planowałem, nawet chwili nie zastanawiałem się
jak zacząć, od czego i co powinno być uwydatnione a co ukryte. Wiedziałem to
już od tak dawna, że ten widok utrwalił mi się pod powiekami niczym negatyw na
kliszy, był tam i sprawiał, że nie mogłem zapomnieć, że nie potrzebowałem
niczego więcej tylko przyzwolenia. Patrzyłem jak palce Judala zdecydowanie, ale
powoli podciągają materiał koszulki, by za chwilę zaścielić nią podłogę mojego
pokoju. Nie jest jakoś wybitnie zbudowany, na pewno lepiej ode mnie, ale nie
mógłby robić wrażenia osiłka. Chociaż był silniejszy niż wygląda, jego siła nie
skupiała się na mięśniach. Spodnie zniknęły szybciej, chociaż wcale go nie
pospieszałem. Za bardzo. Nie słowami. Nie odpowiadałem teraz za swój wzrok,
zupełnie jakby nie należał do mnie.
Zacząłem malować już zaraz, chociaż jeszcze nie skończył.
Doskonale znałem każdy cień, każde załamanie, wgłębienie i miękkie kąty jego
ciała, mógłbym to zrobić setki razy, ale jednak nie zrobiłem nigdy, Chciałem
jego zgody, jego jawnego udziału, gdybym zrobił to po kryjomu, czułbym, że po
prostu pożyczyłęm sobie jego ciało, moje wyobrażenie o nim i zabrałem mu coś,
co nigdy nie powinno zmienić właściciela.
Nie czułem się teraz jak wielki malarz, czułem się jak ktoś,
kto wreszcie otrzymał coś, czego pragnął z czysto egoistycznych pobudek, tylko
dla siebie i nie zamierzał się tym dzielić. Nie trwało to długo, bo wiedziałem,
że Judal szybko się zmęczy i znudzi, zaburzy moją wizję, na którą tak długo
czekałem. Zdawałem też sobie sprawę z tego, że będę musiał mu to wynagrodzić,
ale byłem na to przygotowany. Cieszyłem się na to, nie mogłem się doczekać.
Powstrzymywałem się, żeby nie przestąpywać niecierpliwie z nogi na nogę.
Gdy skończyłem, Judal przeszedł na moją stronę. Ignorując
leżące nadal na podłodze ubrania, odsłonięte okno i fakt, że Hakuei może wejść
do pokoju, by jak zwykle „przywrócić mnie do życia”.
- Cieszę się, że się zgodziłem.
To wystarcza, bym poczuł jak topnieję, przestaję istnieć i
staję się spełnieniem.