sobota, 14 listopada 2015

Szukając siebie.


- Dlaczego oni w ogóle ze sobą walczą? – siedzący przy drewnianym, wyszorowanym stole brunet wpatrywał się w płomienie kominka. Na zewnątrz była porządna ulewa, więc miło było siedzieć w ciepłym pomieszczeniu.
- Bo w naszym świecie nie może być długo spokoju. Ludzie walczą, choć sami nie wiedzą, co nimi tak naprawdę kieruje. Nienawiść, zemsta? Nawet ja tego nie wiem. Bractwo uznało to za jedną z zagadek, które nigdy nie zostaną rozwiązane. Powinieneś się cieszyć, mój drogi uczniu, że my nie musimy brać w tym udziału. – słowa te wypowiadał wiekowy dość staruszek, siedzący po drugiej stronie stołu. Melancholijnym wzrokiem wpatrywał się w warkocze deszczu  za oknem. Był czarodziejem oraz członkiem Bractwa i żywił głęboką urazę wobec wszystkich żołnierzy, nawet tych, którzy walczyli w dobrej sprawie. Na początku nawet nie chciał myśleć o tym, by przyjmować kogokolwiek na nauki. Jednak Isaac był bardzo obiecującym, młodym chłopcem i w wieku piętnastu lat postanowił zacząć szlifowanie swoich umiejętności magicznych. Wychowywał się w rodzinie, która nie uznawała wojny, ani agresji, byli to ludzie spokojni i życzliwi. Matka zielarka, ojciec czarodziej na stanowisku miejscowego uzdrowiciela. Moc magiczną Isaac odziedziczył po ojcu, zaś matka nauczyła go wszystkiego, co sama wiedziała o dobroczynnych właściwościach wielu ziół. Chłopak nigdy nie miał zamiaru uczyć się zaklęć atakujących, chociaż jego ojciec niezmiennie twierdził, że jego jedyny syn musi umieć wszystko, by przetrwać w tym trawionym wojną świecie.
Wrażliwy Isaac szybko przekonał się, że rodzic mia rację. Wojna błyskawicznie dotarła do jego rodzinnej wioski, pochłaniając wszystko, co spotkała na swojej drodze. Żołnierze bez najmniejszych skrupułów plądrowali, niszczyli i zabijali, nie patrząc czy to mężczyzna, kobieta czy maleńkie dziecko.
Isaac był w lesie, szukał świeżych ziół dla swojej matki. Poprzez korony drzew dostrzegł słupy czarnego dymu, znak, że gdzieś w pobliżu wybuchł pożar. Wracał szybko, modląc się, by płomienie nie dosięgły jego domu rodzinnego. Najgorsze obawy młodego uzdrowiciela sprawdziły się, dom płonął niczym suchy liść. Jego rodzice byli w środku, wiedział to. Jednak nie poruszył się, stał na obrzeżu lasu wpatrując się w tę katastrofę bez możliwości mrugnięcia chociażby powieką.
Zgliszcza domu śniły mu się jeszcze przez wiele nocy, które spędził pod gołym niebem. Podróżował do miasta, by tam udać się na naukę do któregoś z czarodziejów. Nigdy więcej nie zamierzał dopuścić do takiej sytuacji, jak ta, której musiał być świadkiem.
Starzec podniósł się i z kołka na drzwiach zdjął swój płaszcz podróżny. Zarzucił na głowę kaptur i otworzył drzwi domu. Nigdy nie mówił swojemu uczniowi gdzie, po co idzie i kiedy wróci. Czuł, że nie ma takiej potrzeby, a Isaac ufał mu i wiedział, że nauczyciel nie zostawi go samego, dopóki do końca nie opanuje swojej mocy. Gdy tylko drzwi zamknęły się za starym czarodziejem Isaac westchnął i podniósł się ze swojego miejsca. Wyszedł z domu i siadł na ganku. Tak w zasadzie to lubił deszcz. Lubił słuchać poszumu, który wydawały spadające krople, a zapach powietrza po porządnej ulewie był bardzo przyjemny i rześki.
Było ciemno, jak oko wykol, lecz chłopak widział wszystko doskonale. Jego oczy, dzięki długotrwałym ćwiczeniom były przyzwyczajone do braku światła.
Ruch pojawił się nagle, w odległości kilku łokci od niego. Dostrzegł go kątem oka, i zaraz czujnie zwrócił się w tamtą stronę. Szelest krzaków dał mu poznać, że ktoś się zbliża. Jego kroki były ciężkie i urywały się co chwilę, jakby owy przybysz miał problem z poruszaniem się. Głuchy łoskot świadczył, że bezwładne ciało zwaliło się na ziemię.
Isaac był rozdarty. Z jednej strony bał się, kto to może być i że może go zaatakować, a z drugiej strony jego natura uzdrowiciela nie pozwalała mu zostawić rannej osoby na środku drogi.
Nie zważając na deszcz wyszedł w ciemność, podchodząc do miejsca, z którego dochodził owy dźwięk.
Mężczyzna. Najprawdopodobniej żołnierz, o czym świadczył mundur, brudny, wystrzępiony i zakrwawiony, ale dało się poznać, że to rebeliant, jeden z „tych dobrych”. Ciemnowłosy, ogorzała twarz. Był nieprzytomny, nie oddychał. Isaac zastanawiał się, jak może mu pomóc, w tej ciemności nie widział żadnych jego obrażeń. Postanowił przywrócić mu przytomność, delikatnie klepiąc go po policzkach. Oczy czarne niczym dwie studnie wpatrzyły się w niego a malowało się w nich zarówno zaskoczenie, jak i przerażenie. Nastolatek otrząsnął się, starając się skupić. Przemawiał do niego spokojnie, szukając różnych złamań, które uniemożliwiają mu chodzenie.

To była ciężka walka. Jego oddział, liczący trochę ponad dziewięć setek ludzi, musiał zmierzyć się z dwutysięczną armią króla. Od początku wszyscy wiedzieli, że to misja samobójcza, ale trzeba było wyrwać okupantowi, choć kawałek niepodległego terytorium. Cain  jako głównodowodzący prawego skrzydła starał się zmotywować ludzi najbardziej jak tylko potrafił. Namawiał do walki za ojczyznę wolną od despotycznego króla, gdzie to Królowa będzie rządzić sprawiedliwie, spokojnie i bez żadnych wojen. Zasiał w ich sercach ogień walki, sam z dziką furią rzucił się do ataku w pierwszej linii. Dzięki temu, że mieli czarodzieja w swoich szeregach ich łuki nigdy nie chybiały a miecze były zdolne skruszyć najgrubszą nawet zbroję. Jego ciosy były silne, wypełnione gniewem i nienawiścią, przesiąknięte chęcią zemsty za spalone wioski i wymordowane rodziny. Mocne ramiona dzierżące miecz młóciły powietrze, nie znając litości wobec wrogów zwalających się na niego z każdej strony. Ten, kto patrzył na to z boku, mógł śmiało stwierdzić, że porucznik Montenegro, mimo młodego wieku, był jak żywe ostrze, błyskawiczne, bezlitosne, śmiercionośne.
Jednak poprzez gniew, który stanął mu przed oczyma niczym zasłona, nie widział, że nieprzyjaciel planuje atak z powietrza. Smoki krążące po niebie rzucały obszerne cienie na pole bitwy, dosiadający ich żołnierze wypatrywali swoich potencjalnych ofiar. Cain okazał się idealnym celem, najpierw strzała przeszyła mu udo, powodując prawie natychmiastowe powstanie szkarłatnej plamy na jasnym materiale munduru. Nie zważając na to, żołnierz poruszał się dalej. Kolejny ból przyszedł razem z ciosem wymierzonym w jego plecy, długie, postrzępione cięcie biegnące przez całą ich długość. Zaczęło mu się robić zimno, szybko tracił krew. Nie mógł polec, nie teraz! Jednak przemożne zmęczenie zwyciężyło, upadł ciężko na ziemię. Żołnierz wrogiej armii dźgnął go końcem włóczni zamierzając dobić. Cain stracił przytomność.
Z pola bitwy wynieśli go jego ludzie, myśląc, że nie żyje ukryli jego ciało w głębi lasu, by zapobiec pastwieniu się nad zwłokami przez wroga.
Ból przywrócił go światu. Nie wiedział gdzie jest, co się stało, jego umysł był jak wyzuta gąbka. Wiedział tylko jedno. Boli. Stanął na chwiejnych nogach, otępiały i straszliwie zmęczony. Wokół panowała cisza, bitwa już dawno musiała się skończyć. Nie mógł sobie wybaczyć, że dał się podejść niczym małe dziecko. Zmierzał przed siebie, bez konkretnego celu, nie widząc żadnego sensu w tej wędrówce przez mękę. Ale wiedział, że jak będzie siedział bezczynnie to uśnie i już się nie obudzi. A teraz miał jeszcze szanse na ocalenie.
Zapadł mrok, zaczęło padać. Cain posuwał się resztkami sił. Zamrugał kilkakrotnie ciężkimi powiekami widząc dym unoszący się niedaleko niego. Dym oznaczał dom. Dom oznaczał ratunek. Zmusił się do przyspieszenia kroku, mimo oślepiającego bólu towarzyszącego najmniejszemu chociażby ruchowi. Nie dotarł. Padł na ziemię bez czucia kilka metrów od celu.
Głęboki granat tęczówek był pierwszym, co zobaczył po przebudzeniu. Ktoś pochylał się nad nim, młody chłopak z zatroskanym wyrazem twarzy bardzo delikatnie sprawdzał jego stan. Najpierw natrafił na ranę w brzuchu, dość powierzchowną, ale stracił wiele krwi przez długi marsz. Błogie ciepło rozlało się po jego umęczonym ciele, sprawiając, że nie mógł się nie uśmiechnąć. Uśmiech ten był blady i szybko zniknął, jednak jak na razie była to jedyna oznaka wdzięczności wobec niosącego mu pomoc. To był chyba jakiś czarodziej, kątem oka dostrzegał złotawą poświatę dobywającą się z jego dłoni. Leczenie go musiało sprawiać spory wysiłek, bo mimo ciemności Cain dojrzał jego ściągniętą w skupieniu twarz.
- Musisz wstać. – odezwał się do niego, głos miał cichy, aczkolwiek wyraźny, z nutką stanowczości. – Zaleczyłem twoje udo, musimy dojść do domu, nie możesz w takim stanie przebywać na deszczu. – Cain wstał posłusznie, nie miał w sumie innego wyjścia. Chciał jak najszybciej dojść do siebie, wrócić do miasta i na pole bitwy. Tam toczyło się jego życie. Nie znosił być dla kogoś ciężarem, a teraz na pewno przez jakiś czas będzie nim dlatego chłopaka.
Głęboki granat tęczówek był ostatnim, co zobaczył zanim zapadł w sen.
  Isaac siedział przy stole, głęboko zamyślony. Nauczyciel jeszcze nie powrócił, zapewne stanie się to dopiero rano. Do tego czasu mógł spokojnie pomyśleć, co zrobić z przybyszem leżącym teraz w jego pokoju i nękanym przez gorączkę. Gdy Maron wróci, to dopiero będzie awantura… Jego ulubiony, jedyny uczeń postanowił zaopiekować się żołnierzem, zakałą narodu, źródłem nieszczęść wszelakich. Ale przecież on i tak nigdy nie zagląda do jego pokoju, więc mężczyzna jak na razie będzie miał tam bezpieczne schronienie.
Po godzinie tych rozmyślań Isaac wstał i westchnął. Trzeba było zmienić opatrunki, a ran było wiele. Po cichu otworzył drzwi do swojego pokoju i wszedł, niosąc ze sobą świecę. Postawił ją ławie skrzyniowej i usiadł na brzegu łóżka. Uśmiechnął się do siebie słysząc spokojny i regularny oddech mężczyzny; gorączka spadła. Zaczął mu się przyglądać. Jego zdecydowanym rysom, nieogolonej szczęce, prostym nosie i ustom. Tu zawiesił wzrok na dłuższą chwilą, sam nie wiedział, dlaczego. Jego wargi, wąskie, lecz ładnie wykrojone, były lekko rozchylone, jakby w oczekiwaniu na pocałunek ukochanej. Po głowie Isaaca zaczęły krążyć dziwne myśli, więc zamrugał kilkakrotnie oczami. Gdy odzyskał spokój wewnętrzny, a przynajmniej jego pozory, uniósł jego koszulę, by opatrzyć najpoważniejszą ranę na brzuchu. Mężczyzna był szczupły, ale umięśniony. Isaac przez chwilę poczuł ukłucie zazdrości, chociaż sam nie miał najgorszej sylwetki. Zdjął przekrwawiony opatrunek i zawieszając dłonie nad raną zaczął cicho mruczeć formułę uzdrawiającą. Zazwyczaj, gdy kogoś leczył, skupiał się tylko na wykonywanym przez siebie zadaniu, z zamkniętymi powiekami oddając się magii przepływającej przez jego dłonie. Teraz było zupełnie inaczej, gdy tylko przymknął oczy widział jego twarz. Uśmiechającą się do niego tymi ustami… Nie, wróć! Spokojnie, spokojnie. Wdech i wydech. Zostawił brzuch, zakładając świeży opatrunek razem z nową dawką ziół uśmierzających ból. Teraz musiał zając się postrzelonym udem. Poczuł, że jego policzki i kark owiewa ciepło. Mężczyzna miał na sobie tylko prowizoryczną przepaskę na biodrach. Dziwnie drżącymi dłońmi odchylił kołdrę i powtórzył czynności uzdrawiające, nie bez trudu z koncentracją. Mruczenie monotonnej litanii przerwał mu lekki ruch. Momentalnie uniósł powieki i znów miał przed sobą te oczy, czarne jak dwa odłamki węgla.
- Dziękuję.
Isaac sam przed sobą bał się przyznać, że gdy siedział w głównym pomieszczeniu domu zastanawiał się nad brzmieniem głosu przybysza. Wyobrażał sobie warkot zachrypły od ciągłego wywrzaskiwania rozkazów. Nie mylił się tylko w jednej rzeczy. Głos mężczyzny był lekko ochrypnięty, lecz to zapewne od gorączki i ze zmęczenia. Tak poza tym był głęboki, przypominający mruczenie kota. Znów poczuł te rumieńce.
- Nie ma za co. To moja powinność. Jestem Isaac, proszę pana. – to była zwykła, grzecznościowa formułka, którą wygłaszał za każdym razem, gdy ktoś okazywał mu swą wdzięczność za doskonale wykonaną pracę. Jednak teraz Isaac nie wiedział, co powiedzieć, jak się w tej sytuacji zachować. Chyba pierwszy raz w ciągu całego swojego życia. Może i nie lubił rozmawiać z obcymi, ale był zaradny i zawsze wiedział, jak należy postąpić. A teraz miał w głowie tylko ten głos.
- Cain. I jak będziesz do mnie mówił per pan, to się już do ciebie nie odezwę, mimo całej mojej wdzięczności, za okazaną pomoc. –mówienie przychodziło mu jeszcze z lekkim trudem, ale na jego ustach pojawił się uśmiech.
„ O matko kochana” Tylko tyle zdążył pomyśleć Sparks, zanim otrzeźwiał i znów zajął się raną. Dłonie znów lekko mu drżały, palcami lekko muskał skórę wokół otworu po strzale na jego udzie. Ciepło z policzków i szyi przeniosło się w okolice żołądka. Uspokajając się w myślach zacisnął usta starając się nie zwracać uwagi na uśmiech, który nadal widniał na twarzy Caina
- Musisz się położyć się na brzuchu, żebym mógł zmienić opatrunek na twoich plecach. – mruknął cicho, nie chcąc dać poznać swojego stanu i dziwnych, przyspieszonych ruchów serca.
  Żołnierz usiadł, z cichym jękiem wyprostował plecy. Lubił nocne niebo. Widział je właśnie w oczach tego chłopaka. Dlatego uśmiechał się, opróżniając swój umysł z wszelakich myśli. Teraz liczyły się te oczy i ciepłe dłonie niosące ukojenie po wojennych trudach. Musiał mu się jakoś odwdzięczyć, prawda?
  Isaac czuł się jakby tonął. Jakby te czarne oczy całkowicie go wciągały. Nie mógł przestać w nie patrzeć, a może nie chciał? I jeszcze ten uśmiech… Po jego głowie chodziły tylko dwa słowa: o matko kochana, o matko kochana…
Żołnierz [jakoś nie mógł się przełamać by nawet w myślach nazywać go po imieniu] siedział przed nim i uśmiechał się. I tym właśnie sprawił, że Isaac zupełnie zapomniał, co miał zrobić. Oderwał wzrok od jego przystojnej twarzy i zerknął na swoje dłonie trzymające bandaże. No tak, opatrunek. Musiał sprawdzić, czy rana się nie zainfekowała.
- Odwróć… – mężczyzna nie dał mu dokończyć, zamykając jego usta swoimi. Niezbyt dokładnie zaplanował to wszystko, co widać było po oczach chłopaka, który najwidoczniej był w szoku. Ten szok jednakowoż musiał szybko minąć, bo po kilku chwilach pocałunek Caina został odwzajemniony.
  Usta miał miękkie i ciepłe, smakował malinami. Cain położył dłoń na jego karku przyciągając go do siebie bardziej i prawie natychmiast wyczuł lekkie drżenie jego ciała pod jego dotykiem. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, po czym przeniósł swoje usta najpierw na jego policzek apotem na szyję, przygryzając lekko jego delikatną skórę.
  Gorąco. Uderzyło go nagle, wielką falą oblewając całe jego ciało. Czuł, że odpływa, a jego głowa opróżniła się z wszelakich myśli. Przeczuwał jednak, że to nie powinno się dziać, ale nie myślał o tym, by protestować.
Ba, uniósł nawet dłonie gładząc Caina po ciemnowłosej głowie. Cichy pomruk wydobył się z jego ust, zdradzając zadowolenie z pieszczoty. Opuszkami palców przesunął po jego nieogolonym policzku, ciemne oczy Isaac błyszczały, nadając jego twarzy nowego uroku.
Został pozbawiony koszulki, zgrabne palce Caina przebiegały po torsie i obojczykach nastolatka, przyprawiając go o dreszcz. Westchnął.
  Jasne promienie porannego słońca wdzierały się pod powieki śpiącego mężczyzny. Było mu wygodnie, a na jego zabandażowanej klatce piersiowej zalegał ciepły ciężar. Praktycznie nie czuł już bólu, zapewne niedługo stąd odejdzie. Ciepły ciężar poruszył się i zastygł znów. Jednak ten jeden, mały ruch wystarczył, ażeby Cain obudził się całkowicie. „To się nie stało” starał się przekonywać sam siebie mężczyzna. Otworzył oczy, a jego spojrzenie spoczęło na skulonym u jego boku Isaac Ciemna grzywka opadała mu na czoło i oczy skryte pod powiekami. Uśmiechał się delikatnie, zupełnie tak, jakby miał jakiś przyjemny sen. W pierwszym odruchu Montenegro chciał zamknąć powieki i dalej iść spać, ale wtedy przed oczyma stanęła mu postać wysokiej, smukłej, blondwłosej kobiety. Jej szare oczy były osadzone na lekko rumianej twarzyczce, malinowe, kuszące usta układały się w uśmiech. Hope. Kobieta, dla której Cain został żołnierzem, dla której walczył i która zawsze czekała na niego z otwartymi ramionami. Wiele razy powtarzała mu, że go kocha, a on odpowiadał jej tym samym, lecz bez śladu zaangażowania. To, co do niej czuł, tona pewno nie była miłość. Raczej sposób na samotność. On nigdy nie kochał nikogo tak naprawdę, chociaż wiele razy zdawało mu się, ze jest temu bliski. Teraz jednak miał dziwne przeczucie, że zdradził Hope.

Wyplątał się z objęć chłopaka i ubrał się. Mimo, że przy każdym ruchu czuł kłucie w nodze, postanowił poćwiczyć, by jak najszybciej wrócić do formy i odejść od tych niewinnych granatowych oczu.

_______

Nie jest to opowiadanie z Magi, mam pomysł na jego kontynuację, ale jak komuś się to spodobało, można z tego zrobić jakieś luźne AU. Wiem, że większość czekała na Magi w Hogwarcie, ale jakoś nie miałam na to ostatnio weny. Przeprowadzka, praca, mnóstwo innych spraw. Ale mam nadzieję, że coś innego napisanego przeze mnie również się wam spodoba.

środa, 30 września 2015

Więc chodź, pomaluj mój świat. [ JuHaku ]



Dla Hibari, od dawna, wreszcie i za wszystko.

Zacząłem, gdy tylko zaczęliśmy chodzić do jednej klasy w liceum. Jeszcze nigdy nie odczuwałem czegoś takiego, zazwyczaj jakikolwiek projekt czy rysunek powstawał powoli, zaplanowany z najdrobniejszymi szczegółami. Teraz było zupełnie inaczej, poczułem ten impuls, który zna chyba każdy artysta, nie ważne, czy to malarz, pisarz czy ktoś zajmujący się innym rodzajem sztuki. Nie chciałem brzmieć głupio i tandetnie, ale to pierwsze spotkanie dość dużo zmieniło w moim życiu. Nie było wielkiego bum, nie zagrały trąby anielskie i nie stanąłem na środku korytarza porażony obezwładniającym pięknem, które właśnie mi się objawiło. Gdy tylko go zobaczyłem, po prostu podszedłem do niego i spojrzałem mu w oczy.
- Chcę Cię narysować. – oznajmiłem po prostu. Chłopak przed mną tylko się uśmiechnął i rozłożył zapraszająco ręce, zupełnie jakby nie chodziło o zwykły rysunek tylko coś zgoła bardziej głębszego, dostępnego tylko dla nas dwóch.
- Tu i teraz. – odparł, odwzajemniając moje spojrzenie bez śladu zakłopotania. Pewnie gdyby ktoś inny był na jego miejscu, na taką propozycję zareagowałby albo śmiechem albo zawstydzeniem i nagłą ewakuacją. A ten tutaj nie należał do żadnej z tych grup i to mi się tak w nim spodobało.
Pierwszy portret Judala wykonany przez Hakuryuu powstał na szkolnym korytarzu liceum ogólnokształcącego Kou.
Żeby opisać tu wszystkie kolejne razy, gdy twarz długowłosego bruneta wyszła spod palców Rena, trzeba by było poświęcić na to kilka osobnych rozdziałów.
Na każdej lekcji na jakimś skrawku papieru pojawiał się kolejny szkic, każdy inny od poprzedniego, wyróżniający się chociaż jednym detalem. Za każdym razem potrafiłem znaleźć coś innego, wartego odkrywania na nowo, zapamiętania i uwiecznienia. Judal był abstrakcyjny, zupełnie niczym obraz, a przynajmniej tak określiłbym go jako artysta. Trzeba było wiedzieć, jak patrzeć, żeby zrozumieć. A ja wiedziałem. I rozumiałem. Wiedziałem, że Judal nie otwiera się przed każdym, że zawsze pod maską ironicznego uśmiechu i kpiny w głosie skrywa coś, co nie chce by zostało ujrzane, wystawione na pośmiewisko. Nawet mi nie wszystko mówił, chociaż i tak w naszej tworzonej przez trzy lata liceum relacji nie padło zbyt wiele słów. Wymowne milczenie lub gwałtowne czyny były o wiele lepszym przekaźnikiem niż cokolwiek innego, czasami nawet nie było słów, żeby wyrazić chaos i nieporządek w głowie i sercu. Chmury były zbyt ciężkie, by mógł je rozgonić pierwszy promień słońca.
Drugi portret Judala został stworzony w zupełnie innej atmosferze i okolicznościach, niekoniecznie ku temu sprzyjającym, ale może dzięki temu właśnie nie był idealny.
Przełykałem litry upokorzenia, mógłbym stać się jeziorem zawstydzenia i nikt specjalnie by się tym faktem nie przejął, bo wszyscy i tak mieli mnie już za wystarczająco ekscentrycznego dziwaka z ołówkiem za uchem i niezmywalnymi śladami farb na palcach. Jakbym dopiero co unurzał ręce w skrzydłach motyla i był to jedyny ślad mojej zbrodni, która przywarła do mnie i nie było mi z tym jakoś wybitnie źle. Te smugi przypominały mi niezmiennie, że świat to nie tylko szarość, czerń i stal. Że to nie tylko surowość, kanciaste kształty i twardość. Były jak gumka recepturka na nadgarstku, którą zakłada się dzieciom, by pomóc im pozbyć się jakiegoś brzydkiego nawyku.
Ale Judal był czernią, szarością i stalą. Wiedziałem o tym i wiedziałem, że to nie jest dla mnie dobre, ale nie zwracałem na to uwagi, jakbym po prostu minął niezbyt interesujące mnie ogłoszenie na słupie w centrum miasta. Takich ogłoszeń zawsze jest tam mnóstwo, więc jedno nigdy nie rzuca się w oczy, chyba, że człowiek się przygląda i chce je znaleźć.
Ja malowałem czerń, szarość i stal w motylich barwach, rozmiękczałem twardość i rozmywałem kanciaste rysy. Ale nie zawsze. Tylko on zawsze pozostawał w stanie surowym, takim, jakim zawsze był i zapewne zawsze będzie, bo inaczej by go nie było.
Głęboka studnia poczucia winy zdawała się nie mieć dna, kiedy zajrzałem tam, po zarzucie, że Judal nie ma dla mnie czasu. Przecież nie był moją własnością, tak jak ja nie należałem do niego. Sami od siebie byliśmy zależni, każdy sam układał litery swojego życia w pasujące mu zdania, nawet jeśli dla niektórych były zupełnie pozbawione sensu.
Judal kiedyś powiedział, że nasza relacja jest jak moje oczy. Nie jest jednolita, zwykła i powtarzalna, ma dwa oblicza, które pokazują się niezależnie od siebie i bez naszego wpływu. Po tych słowach długo patrzyłem w lustro i zastanawiałem się, dlaczego akurat m o j e oczy. Od wypadku w dzieciństwie nie lubiłem ich, tak samo zresztą jak całej reszty swojego wyglądu, chociaż dopiero to nadawało mi cechy dziwaka. Judal zdawał się patrzeć na mnie nie widząc, chociaż ja miałem z tym spory problem.
Mój kuzyn, będący nauczycielem historii w Kou, od zawsze powtarzał mi, że w ten sposób do niczego w życiu nie dojdę, że nie jestem taki jak moi starsi bracia. Zawsze uwielbiał spędzać z nimi czas, był naprawdę częstym gościem w naszym domu, gdy wieczorami siedzieli przy herbacie i rozmawiali, długo i z wielką pasją, na tematy, które tylko ich fascynowały do tego stopnia, że czas rozsypywał się w nic nie znaczący proch. Gdy siedzieli naprzeciwko siebie spuszczając z siebie oczy tylko na kilka sekund, by napić się w ciszy stygnącego już napoju, rozumiałem, że Hakuyuu i Kouen odnaleźli to samo porozumienie, które łączyło teraz mnie i Judala. Że razem mogli być milczeniem, mogli żyć wspólnymi przeżyciami, chociaż co mógł przeżyć historyk i bibliotekarz? Ale im nigdy nie brakowało tematu do rozmowy czy sposobności do milczenia, co powodowało nie raz u mnie dziwne uczucie, że to jednak zbyt intymne, by tak po prostu stać w progu pokoju starszego brata i podsłuchiwać jego rozmowę.
Teraz, gdy Kouen nie pojawił się w naszym domu od bardzo dawna, czasami łapałem się na tym, że przystawałem przy drzwiach, stąpając delikatnie, by uniknąć skrzypienia starych desek, chociaż jedynie kurz mógłby się oburzyć o zakłócanie mu hałasu. Zawsze po tym robiłem sobie tą samą herbatę i czytałem książki z wielkiej biblioteki Hakuyuu, których nagromadził tyle, że mógłby utonąć w słowach, ukryć się między kartkami i nikt by go nie znalazł, jeśli nie wiedziałby jak szukać.
Judal o tym wiedział. Nigdy nie wspominałem mu o tym tak bezpośrednio i zamierzenie, ale byłem przekonany, że on wie i rozumie, że milczy tylko dlatego, by nie wprawiać mnie w zakłopotanie. Bo wiedział, że śmierć braci i ojca nadal boli, że matka, która wyszła za najbogatszego człowieka w mieście nie jest powodem do dumy a źródłem niewyczerpalnej nienawiści, niczym bateria słoneczna. Judal za każdym razem gdy przyłapywał mnie na piciu tej herbaty, wyciągał w milczeniu kubek, który nazywał swoim i podstawiał mi pod nos. Gdy zalałem mu herbatę dopiero po dwóch pierwszych łykach, które oczywiście musiał ostrożnie podmuchać, bo inaczej wystawiał język i biadolił, że się poparzył, zaczynał mówić. Dwa łyki, jedno skrzywienie i westchnięcie.
Lubiłem obserwować te jego drobnostki, te rzeczy, które sprawiały, że Judal był jedną z niewielu stałych rzeczy w moim życiu i nie zamierzał tego zmieniać, bo było mu po prostu zbyt wygodnie.
Potem słuchałem o jego dniu, który różnił się od mojego tak bardzo, jak moje oczy różnią się od siebie.
- Alibaba znów myślał, że poderwie Kouena na pilnego ucznia. Zobowiązał się do napisania eseju na dni szkoły, chociaż co on wie o historii? – siorbnął herbaty i podciągnął nogi na wysokie krzesło, chociaż wiedział, że to jest akurat najbardziej chybotliwe i może wylądować tyłkiem na zimnych płytkach. - Zobaczysz, jeszcze dzisiaj wieczorem zadzwoni i będzie płakał, że nie da rady, że Kouen będzie rozczarowany a on nie może go rozczarować! Ale tym razem nie będę z nim siedział po nocy albo w sobotę. Niedoczekanie, nie tym razem. On ma potem dobry seks za odrobienie pracy domowej a co ja mam?
Kolejne siorbnięcie herbaty, skrzywienie na cierpki smak, bo oczywiście nie pozwalałem mu jej słodzić. Kto słodzi zieloną herbatę? A Judal przyjmował to, chociaż oczywiście z grymasem i pokazaniem jak to bardzo jest ciemiężony w tym domu, że mu nawet cukru żałuję. Ale niestety to była chyba jego jedyne ustępstwo, o resztę zazwyczaj musiałem się wykłócić a i tak nie zawsze osiągałem to chciałem.
- No jasne, że nie będziesz. W końcu ty też znasz się na historii jak wół na gwiazdach. – uśmiechnąłem się do niego beztrosko, chociaż wiedziałem, że zaraz prychnie i uniesie się, tym razem mnie wpędzając w poczucie winy i fakt, że zwątpiłem w jego wszechstronne umiejętności. Ale w końcu Alibaba był przyjacielem Judala i dla niego zapewne wziąłby ze sobą podręcznik i poszedł pisać ten referat. A raczej ściągnąć go z internetu i udawać, że to on sam jest taki mądry iż robi nawet przypisy i linki.
- Alibaba po prostu nie wie jak robić, żeby się nie narobić. Ktoś musi go w tej kwestii oświecić bo inaczej biedak zaharuje się na śmierć. I oczywiście, że to będę ja, bo kto inny wyciągnie pomocną dłoń do takiego życiowego nieogara?
Judal i jego wspaniałomyślność. To było połączenie tak absurdalne, że aż śmieszne, można się było tylko zastanawiać czego tym razem będzie chciał za swoją bezinteresowną pomoc, która tylko tak ładnie brzmiała dla utrzymania pozorów.
Potem przyszła pora na rozstawienie sztalugi i wyciągnięcie pędzli, chociaż najpierw ważniejsza była konieczność zatamowania krwawienia z ugryzionej wargi, bo herbata nie była słodka. Ukąszenie jest niegroźne, wręcz prowokujące, jakby zostawiło na moich ustach przekaz „sprawdź mnie”. A ja często się na to łapię i chętnie sprawdzam. Bo rezultat za każdym razem jest inny, chociaż smak pozostaje ten sam. Gdy podejmuję jego wyzwanie liże mnie tysiąc płomieni i czuję się jakby tylko on mógł to ostudzić, dlatego trzymam się tak blisko niego. Ja jestem płomieniem a Judal wodą, strumieniem, wartkim i gwałtownym, fale jego palców podążają własnym nurtem po moim ciele przynoszącym chłód i uzależniając, sprawiają, że nigdy nie pomyślę o jakimś innym sposobie ucieczki od ognia, który nic mi nie da.
Gdy patrzy na mnie tak blisko, czuję, że się rozpadam, że ubranie, które j e s z c z e mam na sobie jest scaleniem mojego ciała, powstrzymuje je przed staniem się milionem kawałeczków niczym szyba stłuczona gołą dłonią w wyrazie ślepej furii. Ale spojrzenie nie wystarcza, nie pozwala się nasycić, sprawia, że potok staje się wodospadem, huczącym mi w głowie i pozbawiającym wszelkich myśli, a przynajmniej tych racjonalnych. Zostaje tylko jedno, powtarzające się i monotonne, dotknij mnie dotknij mnie dotknij mnie.
Dotyka, czuję to każdym centymetrem skóry, nawet tym, który jest jeszcze ukryty przed jego głodnymi palcami. Ale nie powinienem tak mówić. Przed Judalem już nic nie jest ukryte, już dawno wszystko poznał, chociaż nadal odkrywał na nowo, zdobywał i cieszył się tym niczym drapieżnik, którego w takich chwilach mi przypominał.
Jestem jego ofiarą i nie odczuwam strachu, czuję może nawet trochę masochistycznej satysfakcji na myśl o tym, że już za chwilę, za jeden ruch i jedno szarpnięcie znów mnie upoluje, zdobędzie i usidli a ja będę się wyrywał tylko po to, by podsycić jego gwałtowność, by do woli nakarmić się tymi wyzwolonymi emocjami, których brak na co dzień, które są tylko moje a przynajmniej lubię tak myśleć. Posiadanie jest przyjemne i sprawia, że uśmiecham się lewym kącikiem ust a lewa brew Judala unosi się jak zsynchronizowana. No tak, rzadko widzi taki uśmiech, więc ma pełne prawo do zdziwienia. W odpowiedzi tylko ponaglam jego ręce, które zatrzymały się w okolicy bioder, żeby nic nie mówić, nie zepsuć, nie nadać sensu i powodu czemuś, co nie powinno go mieć, co miało być tylko drgnieniem, impulsem i porywem, zabłysnąć i zgasnąć niczym płomień świecy na gwałtownym wietrze.
Sztaluga zostaje zapomniana, białe płótno krzyczy o uwagę, nie chce zostać takie puste i nagie, ale jestem głuchy i ślepy, tylko czuję i pragnę. Judal patrzy na mnie wzrokiem głodującego, przed którym postawiono jedzenie i zakazano jeść, ja czuję radość, że to akurat ja wywołuję to spojrzenie, nikt inny, nikt poza mną. Nie mam co do tego pewności, ale mam nadzieję, którą trzymam na wszelki wypadek, by użyć jej kiedy przyjdzie pora deszczu wątpliwości.
- I tak znowu będziesz nalegał, prawda? – zapytał Judal, kiedy pękła gumka na końcu jego warkocza a moje usta złożyły się w nieme „ups” i wcale nie było mi przykro.
- Specjalnie dla Ciebie. – odparłem lakonicznie, doskonale znając przebieg tego typu rozmów. Nie, nie czułem rutyny ani przyzwyczajenia, efekt zaskoczenia za każdym razem działał i nie dał się przewidzieć jak ruch w szachach. Mat zawsze przychodził niespodziewanie.
Trzeci portret Judala powstał jeszcze wcześniej niż pierwszy, w inny sposób niż drugi i znaczył więcej niż oba razem i wszystkie inne razem wzięte.
To wtedy mi pozwolił a ja poczułem, że moje serce się uśmiecha, chociaż to była banalna odpowiedź na przedawnioną prośbę, która leżała między nami jak niechciana rzecz, która tylko zbiera kurz, ale zostaje, by nie sprawić przykrości i zawodu. Starałem się by ręce mi nie drżały, by podekscytowanie nie wykwitło szkarłatem na mojej twarzy, odczuwałem to jako wysiłek wręcz fizyczny, gdy zmuszałem własne ciało i umysł do posłuszeństwa.
Tym razem nie planowałem, nawet chwili nie zastanawiałem się jak zacząć, od czego i co powinno być uwydatnione a co ukryte. Wiedziałem to już od tak dawna, że ten widok utrwalił mi się pod powiekami niczym negatyw na kliszy, był tam i sprawiał, że nie mogłem zapomnieć, że nie potrzebowałem niczego więcej tylko przyzwolenia. Patrzyłem jak palce Judala zdecydowanie, ale powoli podciągają materiał koszulki, by za chwilę zaścielić nią podłogę mojego pokoju. Nie jest jakoś wybitnie zbudowany, na pewno lepiej ode mnie, ale nie mógłby robić wrażenia osiłka. Chociaż był silniejszy niż wygląda, jego siła nie skupiała się na mięśniach. Spodnie zniknęły szybciej, chociaż wcale go nie pospieszałem. Za bardzo. Nie słowami. Nie odpowiadałem teraz za swój wzrok, zupełnie jakby nie należał do mnie.
Zacząłem malować już zaraz, chociaż jeszcze nie skończył. Doskonale znałem każdy cień, każde załamanie, wgłębienie i miękkie kąty jego ciała, mógłbym to zrobić setki razy, ale jednak nie zrobiłem nigdy, Chciałem jego zgody, jego jawnego udziału, gdybym zrobił to po kryjomu, czułbym, że po prostu pożyczyłęm sobie jego ciało, moje wyobrażenie o nim i zabrałem mu coś, co nigdy nie powinno zmienić właściciela.
Nie czułem się teraz jak wielki malarz, czułem się jak ktoś, kto wreszcie otrzymał coś, czego pragnął z czysto egoistycznych pobudek, tylko dla siebie i nie zamierzał się tym dzielić. Nie trwało to długo, bo wiedziałem, że Judal szybko się zmęczy i znudzi, zaburzy moją wizję, na którą tak długo czekałem. Zdawałem też sobie sprawę z tego, że będę musiał mu to wynagrodzić, ale byłem na to przygotowany. Cieszyłem się na to, nie mogłem się doczekać. Powstrzymywałem się, żeby nie przestąpywać niecierpliwie z nogi na nogę.
Gdy skończyłem, Judal przeszedł na moją stronę. Ignorując leżące nadal na podłodze ubrania, odsłonięte okno i fakt, że Hakuei może wejść do pokoju, by jak zwykle „przywrócić mnie do życia”.
- Cieszę się, że się zgodziłem.
To wystarcza, bym poczuł jak topnieję, przestaję istnieć i staję się spełnieniem.



czwartek, 6 sierpnia 2015

1. Magi w Hogwarcie.

Inspiracja artem z grupy na fb i rozmowami z Hibu i tess. Dawno nie płakałam ze śmiechu.



Judal w najwyższym stopniu znudzenia siedział przy stole Ślizgonów w Wielkiej Sali i obserwował całą resztę. To była jego szósta Ceremonia Przydziału, gdy patrzył jak jedenastoletnie chłystki wkładają ten stary, wrzeszczący kapelusz. Czasami zdarzały się przypadki śmieszne, godne większej uwagi, jak w tamtym roku, gdy jakiś dzieciak słysząc głos Tiary w swojej głowie zaczął mamrotać, że chyba jednak odziedziczył tą schizofrenię. Niektórzy się po prostu nie nadawali, tyle w temacie. Judal był czystokrwistym Ślizgonem, chociaż nie był aż tak owładnięty manią tej czystości jak pozostali mieszkańcy jego domu. Gdyby tak było, nawet nie spojrzałby na żadnego Krukona, których zauważało się tylko wtedy, gdy trzeba było odpisać wypracowanie albo ściągnąć na egzaminie.
Ale Hakuryuu był inny, Krukon tylko z nazwy, często zawstydzał resztę mieszkańców Slytherinu swoją przebiegłością i odkrycie tylu sposobów na niezauważalne dostanie Siudo ich dormitorium.
O tym związku wiedzieli wszyscy, Judal nie należał do osób, które ukrywały swoją zdobycz, ciesząc się nią tylko gdy nikt nie widział. Ludzie mogli patrzeć i zazdrościć, ale gdy tylko ktoś zbliżył się do Haku, maił różdżkę przy gardle zanim zdążył wypowiedzieć jego imię. Na wszystkich potencjalnych rywali, czyli praktycznie całą męską część Hogwartczyków od klasy czwartej wzwyż, patrzył z miną pod tytułem "rusz co moje a upierdolę łapy przy samej dupie". Hakuryuu też nie był zbyt chętny do zbliżeń z innymi, wystarczyło jedno spojrzenie lodowato niebieskich oczu, by delikwent zmył się szybciej niż pojawił.
- Zdecydowanie nie powinieneś być Krukonem. Kolejny dowód na to, że ten kawałek szmaty do niczego się nie nadaje. - z tak typową dla siebie wyższością odrzucił warkocz na plecy, gdy po ceremonii i uczcie znaleźli się razem w zacienionej wnęce.
- A Twoje ręce jak zwykle są tam gdzie nie powinny. Mój tyłek jest niżej. - odparł spokojnie Ren, patrząc Judalowi prosto w oczy. Nie, wcale nie był wrednym, kuszącym sukinsynem, który najpierw mącił w głowie a potem tak po prostu odchodził, by dołączyć do przechodzących właśnie ludzi ze swojego domu. Judal tylko zgrzytnął zębami patrząc za nim i już chciał rzucić klątwę na swędzenie tyłka na przykład, ale doskonale wiedział, że ten chłopak był zbyt przebiegły i mogło się to skończyć niezbyt ciekawie.
- Znowu to zrobił? – zapytał Cassim, zatrzymując się obok niego. Ślizgoński krawat miał już znacznie rozluźniony a rękawy białej koszuli podwinięte. Nie nosił tego idiotycznego sweterka w serek, prędzej przypaliłby go jednym ze swoich nieodłącznych papierosów. Jak zwykle czuł było od niego dymem, czyli już znalazł chwilę by oddać się swojemu nałogowi. Judal uśmiechnął się do niego lekko. Nigdy nie zadawał się z ludźmi, którzy nie przynosili mu żadnych korzyści. Taki Cassim na przykład był całkiem niezłym zaopatrzeniowcem na różnego rodzaju imprezach. Jeśli oczywiście ktoś miał jak mu zapłacić, bo przecież w tym świecie nie ma nic za darmo.
- A gdzie Olba? Myślałem, że jeszcze tylko brakuje mu obroży na szyi i smyczy w Twoim ręku do tak cudownego obrazka. – oparł się o ścianę biodrem, patrząc cały czas w twarz chłopaka. Cassim parsknął, najwyraźniej ubawiony, bo przecież to Judal, jego gadką nie ma się co przejmować, bo zawsze pierdoli takie farmazony od rzeczy.
- Została w łóżku, tam gdzie jej ostatnio używaliśmy. – odparł, przesuwając zakolczykowanym językiem po dolnej wardze. Cóż, jeśli ktoś powiedział, że Ślizgoni zajmują się tylko knuciem i intrygami, najwyraźniej nie poznał tej dwójki, która wolała zajmować się poznawaniem własnej anatomii we wszystkich dogodnych do tego miejscach, niż dywagowaniem nad tym, kto przejmie władzę nad światem.
- Nie musiałem o tym wiedzieć. – skrzywił się Judal i odepchnął od ściany. Do lochów na szczęście nie była daleka droga, więc zaraz przywitało ich elegancko chłodne wnętrze Pokoju Wspólnego. Judal opadł na jeden z foteli, przerzucając nogi przez jego oparcie. Po długiej, sytej uczcie praktycznie wszyscy poszli już do łóżek, więc byli jedynymi w tym pomieszczeniu. Cassim rozłożył się na kanapie i zapalił papierosa. Oczywiście na salon były nałożone zaklęcia, które uniemożliwiały wykrycie dymu.
- Pierwszy dzień szkoły a Kouhy już nie ma na horyzoncie? Mogę się założyć, że właśnie okupuje czyjeś łóżko. Któreś z kolei. – stwierdził Cassim, zwisając z kanapy głową w dół i wypuszczając kółka z dymu.
- Sam go zaliczyłeś, więc nie bądźmy hipokrytami. Niech sobie używa, gdybym ja był pół wilą też korzystałbym z tego w taki sposób. – Judal wzruszył ramionami, zaraz siadając w fotelu po turecku. – Chociaż można by z tego niezłe profity wyciągać. Poza wielokrotnym orgazmem oczywiście.
- Znowu mnie obgadujecie? – rozległ się radosny głos od strony wejścia do lochów. Żaden z chłopaków nawet nie drgnął na jego dźwięk, zupełnie jakby się tego spodziewali. Kouha zrzucił z kanapy nogi Cassima i usadowił się na niej wygodnie, zabierając mu odpalonego papierosa.
- Kto tym razem? – zapytał, spokojnie wyjmując z paczki nową fajkę, bo wiedział, że tej Kouha mu już nie odda. Ren zaciągnął się z lubością a jego różowe usta rozciągnęły się w kocim uśmiechu.
- Krukon. Razy dwa. Bliźniaki to jednak pożyteczna rzecz. I kto by pomyślał, że oni czytają nie tylko podręczniki… - parsknął rozbawiony, zakładając nogę na nogę. Można było śmiało stwierdzić, że był najbardziej charakterystycznym uczniem całym Hogwarcie, bo nawet jeśli ktoś go nie znał, to wszyscy o nim słyszeli. A większość poznała go zdecydowanie lepiej niż powinna. Mając szesnaście lat i dwóch starszych braci za nauczycieli, Kouha zwiedził praktycznie wszystkie sypialnie i inne miejsca, w których dało się uprawiać seks. I chociaż zarówno Kouen jak i Koumei doskonale o tym wiedzieli, zaprzestali już starań, by go od tego odciągnąć, bo to po prostu nie miało sensu. Zupełnie tak, jakby ktoś chciał powstrzymać samego Kouena i jego hobby dupienia Gryfonów z Sinbadem na czele. Syzyfowa robota, bo i tak będzie robił swoje.

- No, Olba jest totalnym, niewyżytym zboczeńcem, ale nie lubi się dzielić, więc powtórki z rozrywki raczej nie przewiduję. – Cassim uśmiechnął się przepraszająco do Kouhy, na co ten oblizał usta i pocałował go z głośnym cmoknięciem.
- Wybacz, skarbie, ale nie wchodzi się dwa razy do tego samego łóżka. – powiedział, kończąc papierosa i wstał.
- To niedługo Ci tych łóżek zabraknie, bo chyba czternastolatki niezbyt cię jarają. Chociaż…
- Nie, Judal, nie chcę wiedzieć co zrobi Kouha gdy już zaliczy wszystkich starszych uczniów i nauczycieli.
Kouha tylko prychnął i odrzucił  różowe włosy na plecy, wychodząc z salonu Ślizgonów na korytarz. Może akurat komuś będzie się nudziło?
Przechodząc obok starego pomieszczenia woźnego usłyszał stłumione głosy kogoś, kto najwyraźniej nie chciał zostać odnaleziony.
- Moje pośladki to nie tłuczki, barbarzyńco! – oburzył się ktoś, kto chyba nie był do końca zadowolony z pozycji w jakiej się znalazł.
- Dwa tłuczki, jedna pałka. W sam raz. – odezwał się drugi, niższy głos a potem rozległo się plaśnięcie i jęk, najprawdopodobniej zduszony dużą dłonią na ustach. Ren uśmiechnął się pod nosem. Cóż, zawodnicy quidditcha naprawdę mieli zboczenia zawodowe. Ale za to byli mistrzami w polerowaniu trzonków, o czym nie raz się przekonał.
No co poradzić, po wakacjach wszyscy się za sobą stęsknili i trzeba było nadrobić zaległości w stosunkach międzyludzkich, na które tak nalegał dyrektor Mogamett.
A kimże był Kouha, by się nie stosować do dyrektorskiego polecenia?

środa, 20 maja 2015

Kolor i szept. [JuAla]

Tak sobie postanowiłam spróbować z wszystkimi paringami, bo tak. Dla Yazu za cudowne komentarze, do których zawsze pyszczek mi się cieszy.

Całe życie tonął w szarości. Nie było nawet czerni i bieli, wszystko było takie same, niezmiennie, bezdennie szare. Szare drzewa, budynki i ludzie. Nie różnili się od siebie, nie było między nimi żadnych, najmniejszych różnic. Mijali się na ulicach, wymieniali zdawkowe pozdrowienia lub spłoszone spojrzenia i ruszali dalej przed siebie, sami nawet nie wiedząc gdzie. Bez celu, bez sensu. Bez życia, tylko w szarej egzystencji. Nikt nigdy nie myślał o zmianach, nie były im potrzebne, żyło im się dobrze właśnie w ten sposób. A nawet jeśli, co mogli zrobić? Szarość byłą wszędzie, tylko nieliczni mieli szansę wygrać z nią pojedynek. To było niby takie proste, ale jak przychodziło co do czego, nikomu nie wychodziło. Bo przecież na ulicy nie spotkasz tej jednej, przeznaczonej sobie osoby, która zmieni Twoje życie. To byłoby za łatwe, wtedy świat nie stanowiłby wyzwania i cały porządek zostałby zachwiany.

Judal miał już tego zdecydowanie dość. Szarość przyprawiała go o migrenę, sprawiała, że był nieustannie rozdrażniony i nie chciał z nikim rozmawiać, nikt też nie chciał przebywać w jego towarzystwie, bo nie kończyło się to zbyt dobrze. Co prawda od zawsze wyróżniał się wśród innych, nie biegał razem z innymi dziećmi, nie właził na drzewa i nie przynosił do domu żab z przydrożnej kałuży. Ale od kiedy poznał legendę, wszystko było zupełnie inaczej. Szukał wręcz obsesyjnie, wiedząc doskonale o tym, że przeznaczenie jest jedyną rzeczą, której nie będzie mógł zmanipulować. Nagiąć do własnych zasad, całkowicie sobie podporządkować, tak jak to robił do tej pory ze wszystkim i wszystkimi. On nie miał przyjaciół, to byli dla niego ludzie, których mógł wykorzystać do tej, czy innej rzeczy. Każdy był dla niego w pewien sposób przydatny, ale nikt nie był mu bliski. Przywiązanie było dla niego dosłownymi więzami, łańcuchem przykuwającym go do jednej osoby, nie pozwalającym bawić się  z innymi. A Judal lubił mieć dużo zabawek. Po prostu sprawdzał, czy ktoś z tych wszystkich przewijających się przez jego ręce, łóżko oraz wszystkie inne pomieszczenia i meble w tym domu, jest tą jedną osobą. Tą wybraną, specjalnie dla niego. Ale jak na razie nie poczuł nic specjalnego, każdy jego poranek był równie szary jak poprzedni. Z biegiem czasu zdawało mu się, że to się wręcz pogłębia, pogarsza i nie ma dla niego szans, jak dla tych wszystkich nieszczęśników, którzy niczym puste skorupy włóczyły się po ulicach, wiodąc bezsensowne życie pozbawione jakiegokolwiek kierunku i impulsu. Nie chciał dla siebie takiego życia. Może i życzył go swoim wrogom, a miał ich niemało, ale sam nigdy nie chciał tak skończyć. I robił wszystko, żeby do tego nie dopuścić.

Siedzenie w barach i innych wątpliwej sławy miejscówkach niekoniecznie by mu w jego problemie pomogło, ale dzisiaj był dzień, w którym miał swoje przeznaczenie w bardzo głębokim poważaniu. Dlatego wpatrywał się w mętne piwo w niezbyt czystym kuflu, ignorując spojrzenie wbijające mu się między łopatki. Naprawdę irytujące uczucie, ale dziś niespecjalnie miał ochotę na jakiekolwiek awantury. Raz na jakiś czas robił sobie taki dzień, gdy wyświadczał ludziom przysługę, całkowicie olewając ich istnienie.

I pewnie by tak siedział do zamknięcia albo do całkowitego opróżnienia portfela, gdyby nie jeden szczegół. Akurat barmani się zmieniali i przekazywali sobie najważniejsze informacje. Judal uniósł głowę słysząc nowy, obcy głos, zdecydowanie zbyt głośny i zbyt radosny jak na takie miejsce. Zaintrygowany odnalazł właściciela owego głosu i uniósł brew. Barmanem był chłopak, który wyglądał jakby dopiero co skończył osiemnaście lat, albo nawet i nie. Bo przecież gdyby tak było, nie pracowałby tutaj, zwłaszcza na nocnej zmianie. Niezbyt wysoki, szczupły z warkoczem sięgającym połowy pleców, a co najważniejsze, uśmiechnięty od ucha do ucha. Judal tak dawno nie widział szczerego, prawdziwego uśmiechu, że aż mu się chwilę przyglądał. Zazwyczaj ludzie uśmiechali się pobłażliwie lub wymuszenie, ze smutkiem, jakby czekali, jakby jeszcze mieli nadzieję. Judal już dawno się jej pozbył, w końcu i tak zawsze umiera. Czy jakoś tak.
Ale widok tego barmana dokonał ważnych zmian w postrzeganiu świata przez Judala. Nic nie zrobił, nie odezwał się do niego ani słowem, ale mimo wszystko był przekonany, że już nie będzie tak jak kiedyś. Jego świat ruszył do przodu.

Zajął to samo miejsce co zawsze. Minął miesiąc a on ustanowił sobie taki osobisty rytuał, codziennie przychodził o takiej porze, by trafić na zmianę barmanów. Nadal nic nie zrobił, ale i tak nie było mu to potrzebne. Ten chłopak dokonał niemożliwego, przez co Judal musiał przewartościować swoje poglądy. I był mu za to cholernie wdzięczny. Dzięki niemu świat nie był już pogrążony w szarości. Dzięki niemu Judal pierwszy raz w swoim życiu zobaczył kolory.

czwartek, 30 kwietnia 2015

What have you done now? [HakuAli]

Mój pierwszy angst, nie bijcie. Dla Kiri. Obiecuję, napiszę Ci jeszcze fluffy z nimi.

Nawet jego własny odtwarzacz się na niego uwziął. Alibaba miał ochotę uśmiechnąć się gorzko, gdy usłyszał w słuchawkach „If you were dead or still alive, I don’t care”. Dzięki muzyce miał odciąć się od narastających problemów, zapomnieć chociaż na kilka chwil i rozluźnić się. Ale to się już nazywa złośliwość rzeczy martwych. Na szczęście w pokoju był sam, jego współlokator jak i zarazem największy powód owych problemów, wybył gdzieś razem ze swoim przyjacielem. I tylko Alibaba zauważył, że on sprowadza go na złą drogę, że zmienia go całkowicie i próbuje podporządkować swojej woli. Tylko Alibaba te zmiany dostrzegał i tylko jemu się one nie podobały.

Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Hakuryuu. Już po oczach Saluja widział jego nietrzeźwość, jak zawsze po spotkaniach z tym cholernym Judalem. Czasami zdarzało się też, że przynosił ze sobą mdląco słodki zapach marihuany, ale jak zawsze, Alibaba nic nie mówił. Zajmowali jeden pokój w bidulu od dziecka, matka Alibaby zmarła z powodu chorób, których nabawiła się w pracy. Blondyn prychał za każdym razem, gdy ktoś mówił o tym w ten sposób. I po co takie piękne słowa? Nie lepiej po prostu powiedzieć, że jego matka była dziwką i wykończył ją zwykły syf? A że kiedyś jej klientem był jeden z najbogatszych facetów w mieście… Problemu trzeba było się pozbyć.
- Wcześnie dziś wróciłeś. – mruknął, wyciągając słuchawki z uszu, wychodząc ze swojego bezpiecznego azylu. Musieli rozmawiać a przynajmniej Alibaba musiał mówić. Cisza byłą dla niego zdecydowanie zbyt nieznośna. Tak jak się spodziewał, Hakuryuu mruknął coś tylko pod nosem, tym razem szczędząc mu potoku pijackich bluzgów a potem Saluja mógł zaobserwować jego plecy znikające za drzwiami małej łazienki. Może gdyby jego matka nie była szajbuską, która zabiła swojego męża i dwóch starszych synów, by następnie chcąc zyskać władzę, dobierać się do swojego pasierba… Wtedy Hakuryuu pewnie byłby inny. Pewnie nie potrzebowałby towarzystwa największego degenerata w całym sierocińcu.
Alibaba usiadł na łóżku i potargał włosy, z lekka zirytowany tym ciągłym gdybaniem. Przecież to mu nic nie da, tylko narobi jeszcze większego mętliku w głowie.

Ciężko mu było patrzeć na bladą, chudą twarz śpiącego Rena. Na ten niezdrowy kolor, cienie pod oczami i zapadnięte policzki. Sam nie wiedział, kiedy zaczął głaskać go po policzku, zimnym i niezbyt przyjemnym w dotyku, jakby Hakuryuu nie miał już w sobie ani odrobiny życia. Był pewny, że się nie obudzi, zawsze mocno spał po alkoholu.

Dni zlewały się w jedno, Alibaba przestał już zwracać na nie uwagę. Wpadł w rutynę; najpierw czekał, zarzekając się, że to ostatni raz, nigdy więcej, bo to bez sensu i niczego nie zmieni. A potem przez większość nocy był strażnikiem jego snu, po prostu siedział i patrzył.
Do czasu gdy niebieskie oczy Hakuryuu otworzyły się i spojrzały prosto na niego.
- Co robisz? – zapytał schrypniętym głosem przez niemiłosiernie ściśnięte gardło. Każde słowo tylko dodatkowo je podrażniało.
Gdy oswoił się z przyłapaniem na gorącym uczynku, Alibaba zmarszczył lekko brwi.
- I kto to mówi? Zobacz, do czego doprowadziłeś. Nie masz siły podnieść głowy z łóżka. – rozmowy z nim, jeśli już w ogóle do nich dochodziło, zawsze kończyły się tym samym. Hakuryuu pokornie słuchał kazania a potem jakby nigdy nic, szedł spać albo prosto do Judala, co Alibabę bolało jeszcze bardziej. Przecież on by mu pomógł, razem daliby radę, we dwójkę, bez zbędnych osób, które mogłyby zburzyć ten obraz. Nie potrzebował go wciągać w żadne bagno a wręcz przeciwnie, chciał mu pomóc się od niego oderwać, odbić się od dna. W końcu on przeżył to samo, razem siedzieli w podobnej patologii.
- Co Ty wiesz? Nie znasz mnie. Tylko patrzył.

Kolejnym ciosem było to, że Ren miał rację. Alibaba tylko patrzył, zamiast zrobić cokolwiek.

Potem była strzykawka. Długa, o dziwo spokojna, rozmowa do późnej nocy, na parapecie, przy orzeźwiającym nocnym powietrzu. Spokojny, głęboki sen.
Zaczynał myśleć, że jest lepiej. Hakuryuu spędzał z nim czas, cień uśmiechu wracał na jego przygaszoną twarz i już praktycznie w ogóle nie spotykał się z Judalem.
Pozory przez niego stworzone dały blondynowi złudną nadzieję, że po tej burzy dla niego jednak wyjdzie słońce.

Ale dlaczego czarne?

Gdy krwawy szlak zaprowadził go do łazienki, do białych płytek upstrzonych szkarłatnymi plamkami, serce stanęło mu w gardle, zimno opanowało ciało a pustka myśli. Potem pamiętał tylko jak miotał się, by znaleźć opatrunek, by zdążyć i nie stracić tego wszystkiego co zdołał postawić na nowo z gruzów. Teraz już wiedział, że nie buduje się zamków na piasku.
Nie lubił szpitali. Chyba jak każdy, ale on czuł się tu przygnieciony całym, zebranym smutkiem chorych i odwiedzających, co sprawiało, że nie mógł zaczerpnąć oddechu i chciał jak najszybciej stąd wyjść.
Aktualnie znalazł sobie zajęcie, które polegało na liczeniu kropli upływających z kroplówki. Bardzo zajmujące, szczerze polecam. Oderwał wzrok dopiero gdy blada dłoń poruszyła się na równie jasnej, sztywno wykrochmalonej pościeli.
- Uratuj mnie… - szepnął z wyraźnym trudem Hakuryuu, nie otwierając jednak oczu. Doskonale wiedział, kto przy nim jest. Alibaba przycisnął usta do jego czoła.
- Obiecuję. Przecież zawsze to robię.


niedziela, 12 kwietnia 2015

Show me how you burlesque. [SinJu]

Po raz kolejny przyszedł do tego samego podrzędnego baru, jak zwykle wypełnionego pijaczkami, dziwkami i ćpunami. Nikt normalny nie zapuszczał się w takie miejsca jeśli był bardzo przywiązany do swojego portfela. Piwo było tu jednak tanie, barman nie pytał o wiek a anonimowość każdy miał tu zapewnioną. Dlatego teraz Sinbad siedział przy tym samym stoliku, który zajmował co wieczór już od kilku dni i właśnie opróżniał trzeci kufel. Oczywiście dla niego było to tyle co nic, potrzebował jeszcze dwa razy tyle, co najmniej. Dla obserwatorów wyglądał jak typowy mężczyzna, który przyszedł zapić smutki, problemy w pracy albo żona nie chciała seksu, dlatego się tu znalazł. Ale tak naprawdę Sinbad był tu z jednego powodu i tylko jedna osoba o tym wiedziała. Kouen przed wyjściem z firmy ostrzegł tylko przyjaciela, żeby nie było tak jak zawsze, gdy po nocy w barze stawał pod jego drzwiami. Dzisiaj nie miał dla niego miejsca. Gdy na prowizorycznej scenie pojawił się on, jak zwykle w wymyślnym stroju, Sin od razu skupił tam całą swoją uwagę. Bo kto by nie zainteresował się chłopakiem, który czarnymi włosami okrywał się niczym płaszczem, mrugał pomalowanym na fioletowo okiem i posyłał uśmiechy wszystkim patrzącym na niego. W jego ruchach było coś, co kazało porzucić wszystko inne i skupić się tylko na nim, jakby wyciągniętymi ramionami próbował zgarnąć dla siebie całą uwagę. Nie był na tej scenie sam, ale inni byli tylko tłem, on był gwiazdą, lśnił własnym blaskiem. Sin uśmiechnął się do swojego kufla. Doskonale znał te ruchy, cały układ znał na pamięć, widział go dziesiątki razy. Tak, teraz będzie obrót do tyłu, by pokazać białe odciski dłoni w miejscu pośladków na czarnym materiale króciutkich spodenek. Czerń była jego kolorem, on ją nasycał i ożywiał. Gwałtownym kopnięciem przesunął krzesło na drugi koniec sceny i wreszcie to zrobił. Spojrzał prosto na niego, spojrzenie mówiło więcej niż słowa, obietnica słodkich, nocnych szeptów i gwałtownych pieszczot w ciemnym pomieszczeniu. To wszystko mieściło się w tym spojrzeniu, na które Sinbad czekał cały wieczór. Teraz mógł wyjść na zewnątrz i zapalić papierosa, czekając aż dokładnie w połowie drugiego on mu go zabierze i solidnie się zaciągnie, by zaraz cały dym wydmuchać do jego ust w stęsknionym pocałunku. I niech ktoś mu powie, że rutyna jest zła.

Nudziło mi się. Stworzyłam to po obejrzeniu filmu, przed chwilą. Takie dość otwarte zakończenie, żeby każdy sobie coś dopowiedział ^^

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dawno, dawno temu... [EnAli]

Ludzie powszechnie uznali, że stworzenia mityczne czy fantastyczne właśnie na kartach książek powinny pozostać, opowiadane dzieciom do snu czy z przyjaciółmi przy ognisku. Ale nikt nie przyjął do wiadomości, że nawet sąsiad, który już z daleka mówi "dzień dobry" albo zatrzyma Cię na ulicy by wspólnie ponarzekać, może być kimś zupełnie innym niż się wydaje. Że ukrywa się właśnie dlatego, że ludzie byli przesądni i w mig odrzuciliby sympatię wieloletnią tylko poprzez wiarę w jakieś wyssane z palca historie. Taki sąsiad też mógł chcieć prowadzić własne życie, tak jak na przykład Ren Kouen, mieszkający w domu z ogródkiem. Idealnie przystrzyżony trawnik, symetryczne grządki i rabatki z kwiatami. Można by o nim powiedzieć, że był perfekcjonostą albo pedantem, ale nikt nie powiedziałby, że Ren Kouen jest smokiem. Nie afiszował się z tym, nigdzie nie mówił ani nawet nie zdradzał szczegółów w rozmowie czy swoim zachowaniu. Wszyscy uważali go za statecznego, trochę mrukliwego prawnika prowadzącego głównie sprawy rozwodowe. Był samotny, co jakiś czas odwiedzało go dwóch chłopców bardzo do niego podobnych, pewnie młodsi bracia. Nie wyjeżdżał na długie weekendy i nie grillował w ogrodzie, nie pojawiał się również na okazjonalnych festynach organizowanych w ich miasteczku. Zapewne na jego widok matki stojące przy stoiskach z domowymi wypiekami dzwoniłyby do córek, żeby natychmiast przyszły poznać swojego idealnego męża. Bo Ren Kouen takie właśnie sprawiał wrażenie, wyśnionego zięcia. Nikt jednak nie wiedział, że Kouen cierpiał w samotności, w swoim ładnym domu z ogródkiem i białym płotem.
Alibaba Saluja był studentem dziennikarstwa, trochę zalatanym, odbywającym staż w lokalnej gazecie, w rubryce towarzyskiej, czyli pisał o tym, o czym znał się najbardziej. Nie, nie był plotkarzem, miał tylko nieograniczony zasób słów, które nie zawsze miał okazję wyrzucić z siebie w rozmowie, bo po prostu by nieszczęśnika zamęczył, więc pisał. Przełożeni go cenili, bo był rzetelny i dokładny, nie wciskał ludziom kitu i przede wszystkim lubił swoją pracę. Lubił przebywać z ludźmi, poznawać ich, zadawać pytania i odkrywać osobowość jak puzzle, które Z każdym pytaniem tworzyły co raz bardziej spójną całość. Dziś miał kolejne zadanie plenerowe, złapać wychodzącego z sądu prawnika i wypytać o szczegóły głośnego, politycznego rozwodu. Pytania przygotowane, wyuczone, dyktafon gotowy... mógł iść. Pod sądem był spory tłum, wszyscy chcieli rozmawiać z Ren Kouenem. Szczupły, zwinny chłopak z łatwością prześlizgnął się przez tłum do przodu, gdzie miał najlepsze miejsce. Ścisnął dyktafon w dłoni i powtarzał sobie cały czas w głowie pytania, wpatrując się w drzwi. Wiele osób już wyszło, odpędzając reporterów i zasłaniając twarze przed błyskami fleszy, ale nie on. Dopiero gdy wszyscy chcieli się rozejść uznając, że Ren wyszedł od tyłu, on się pojawił. I to Alibaba był pierwszym, który znalazł się przy nim.

Ren Kouen jeszcze nigdy tak się nie czuł. Był zmęczony i zirytowany, na dodatek miał usilną potrzebę rozprostowania skrzydeł. Ale widząc tego blondyna uwierzył młodszemu bratu, który w jakiejś księdze wyczytał, że smok jak łabędź, zakochuje się raz na całe życie. I potrafi nawet umrzeć bez tej miłości. Dlatego zgodził się natychmiast, gdy chłopak zaproponował mu spotkanie. Alibaba nie wierzył w swoje szczęście. Nie dość, że dostał się do Rena przed wszystkimi, to udało mu się go namówić na prawdziwy wywiad zamiast tych kilku zdawkowych odpowiedzi w rozwrzeszczanym tłumie innych dziennikarzy. A wszyscy mówili, że to ponury mruk... Gdy usiedli przy stoliku w ogrodzie prawie pustej restauracji, Alibaba rozłożył wszystko przed sobą i włączył nagrywanie.
- Panie Ren, dlaczego zgodził się pan prowadzić tę sprawę, skoro powszechnie wiadomo, że nie lubi pan rozgłosu i prowadzi rozwody "pospolitych" obywateli? - zapytał, podsuwając urządzenie bliżej niego. Mężczyzna uważnie się w niego wpatrywał, jakby szukał odpowiedzi na pytanie właśnie w jego twarzy.
- Chciałem, żeby ta sprawa została poprowadzona porządnie i nie ciągnęła się w mediach niczym wyjątkowo upierdliwy turniej golfa. Wszyscy oglądają ślę nikt nie potrafi się wypowiedzieć mądrze na temat. - odparł a jego niski, przyjemny głos sprawił, że Alibaba się uśmiechnął. Prawnik chyba się stresował, bo poruszył się niespokojnie na swoim miejscu, wybijając w niego jeszcze bardziej przenikliwe spojrzenie. Saluja spiął się i trochę nerwowo przerzucił kartki skryptu. Musiał uważać o co pyta. Ludzie nie interesowali się nimi, najwyraźniej zamknięta postawa Kouena skutecznie odstraszała wszystkich potencjalnych gapiów, za co Alibaba był nawet wdzięczny. Trochę zaczynało go niepokoić jego spojrzenie, ale dziwniejsze rzeczy w swojej pracy widział i nie tak łatwo było zbić go z tropu. Wyrównał kartki, stukając nimi o stolik i wziął wdech, patrząc w oczy siedzącemu przed nim mężczyźnie. Znał się na ludziach, potrafił dostosować do nich ton i sposób rozmowy, z reguły trafiał z tematami, których powinien unikać i tymi, na które dostałby naprawdę porządną odpowiedź. Ale Ren Kouen był jak zamknięta skrzynia, bez dziurki do klucza. Trudno było, ale da radę. Zdołał przeprowadzić wywiad z tym całym Judalem, który podobno miał być jakimś psycholem a do dziś był jego serdecznym przyjacielem z oryginalnym sposobem bycia.
- Wygrana zapewne pana nie zaskoczyła, w końcu jest pan niezawodnym specjalistą od spraw beznadziejnych. - uśmiechnął się lekko. Nie mógł poprowadzić tego typowo, ludzie musieli kupić gazetę dla samego tego wywiadu, a nie zrobią tego dla suchych pytań i odpowiedzi, nie widząc w rozmówcy człowieka z emocjami. Kouen chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, kręcąc słomką w swojej szklance z wodą. Obserwował tworzący się przez to maleńki wir i wydawało się to go uspokajać.
- To było z góry przewidziane zwycięstwo. Polityka jest jak szachy. Musisz zbić jak najwięcej pionków, żeby wygrać. Łatwo jest też dać się zapędzić w pułapkę, gdzie jedynie poświęcenie króla pozwoli ujść bez szwanku. A ja bardzo lubię grać w szachy. - uśmiech na jego twarzy tak zaskocZył Alibabę, że teraz on przyłapał się na wbijaniu w niego mało profesjonalnego spojrzenia. 

Kouen siedział przed tym blondynem, który nawet mu się nie przedstawił, widocznie zbyt podekscytowany tym, że może przeprowadzić z nim wywiad na wyłączność. Ale nie potrzebował jego imienia. Nie potrzebował nic o nim wiedzieć, by czuć to dziwne uczucie płonącego we wnętrzu ognia. Nie, ni był podniecony, to był smoczy ogień, reakcja na odnalezienie swojego partnera. Koumei miał rację, jego nieustanne rozdrażnienie i brak większych chęci do życia brały się właśnie z samotności, która dla smoków była prawdziwie zabójcza. Smok umierał z braku miłości lub z braku jej odwzajemnienia, gdy wybrany partner wiązał się z kim innym. Kouen wiedział, że ten rozgadany blondyn będzie tylko jego i nigdy nie pozwoli mu odejść. Nie odpowiedział na kolejne pytanie. Wyjął mu z ręki dyktafon I wyłączył go, odkładając przy sobie na stolik, z dala od jego rąk.
- Umów się ze mną. - powiedział tylko, chwytając jego dłoń. Miał bardzo ciepłe ręce co raczej nie powinno być zaskoczeniem, a Alibaba miał ciepłe policzki poprzez wpływający na nie rumieniec.

Obcy mężczyzna zaprosił go właśnie na randkę. Chyba nawet Judal nie był tak bezpośredni. A on potrafił krzyczeć na cały sklep, że te majtki mu spłaszczają tyłek i Sinbad nie będzie zadowolony. A jego równie pokopany facet pokazywał mu za cienką zasłoną przebieralni, że lubi jego tyłek w każdych majtkach.
Ren Kouen zaprosił go na randkę. Wypadałoby coś raczej odpowiedzieć i zamknąć usta.
- Słucham? - Alibaba właśnie wzniósł się na Mount Everest własnej elokwencji. Kouena zdawało się to nie ruszać, wręcz ścisnął jego dłoń mocniej i podniósł do ust, by zaledwie musnąć jej wierzch i zostawić ciepły ślad.
- Dzisiaj wieczorem, tutaj. Zależy mi na tym. - brzmiał szczerze, jego oczy również nie zdradzały kłamstwa lecz nadal się w niego wpatrywały. Uśmiech, który zobaczył po wyrażeniu zgody na zawsze pozostanie w jego pamięci.

- Smok?! - Alibaba oczywiście nie potrafił opanować emocji przez co Kouen skrzywił się i odchrząknął.
- Smok. A Ty jesteś moim wybranym partnerem, przeznaczonym do stworzenia ze mną rodziny. - mówił to tak spokojnie, jakby już dyskutowali o wyborze koloru ścian do wspólnego mieszkania. Alibaba nie sądził, że kiedyś jako dziennikarz doświadczy uczucia nadmiaru informacji. Ale teraz był pewien, że przez kilka dni będzie przetrawiał to, co właśnie usłyszał. Smok. Przeznaczenie. Wielka miłość aż po grób. Co prawda zawsze o tym marzył, ale w jego wyobrażeniach był człowiek a nie smok, do ciężkiej cholery. Mimo wszystko spędził z Kouenem miły wieczór, upewniając się, że ludzie często mylą się w swoich osądach. Z jednego wieczoru powstał drugi i kolejne a Alibaba utwierdził się w przekonaniu, że rozpalanie ognia wychodzi mu naprawdę dobrze.

- Tak właśnie poznałem waszego tatę. - uśmiechnął się mężczyzna, patrząc na siedzące przed nim rude bliźniaki i dziewczynkę o blond kucykach. Siedzieli w ogrodzie restauracji, przy stoliku, który wiele słyszał i widział. Dzieciaki pisnęły ucieszone a Kouen swoim zwyczajem ucałował wierzch dłoni swojego męża, nawet po tylu latach wprawiając go tym w zakłopotanie.

Oto przedstawiam wam moją bajkę na dobranoc, opowiedzianą Kiri. Wymyślana na bieżąco o drugiej w nocy, więc mogą być błędy. Aczkolwiek... indżojcie.

sobota, 28 marca 2015

Ojcowie do wynajęcia [EnAli, SinJu]

Traktować to proszę bardzo z przymrużeniem oka, powstało pod wpływem chwili i oczywiście bardzo inspirujących rozmów z Kiri ^^

- Wychodzę. – to jedno słowo sprawiło, że Kouen spiął się i oderwał wzrok od książki, którą właśnie czytał. Bo Kouen nie oglądał telewizji jak wszyscy normalni mężczyźni w jego wieku, a przynajmniej nie w takim stopniu, że zlewał się z kanapą a pilot stał się przedłużeniem ręki. Alibaba był już ubrany do wyjścia, wziął klucze z koszyka stojącego na blacie, schował do torby portfel i okulary przeciwsłoneczne. No bo trzeba wyglądać, nie? Alibaba Ren nawet na zwykłych zakupach musiał pokazywać kim jest.

Kouen otrzeźwiał, gdy zobaczył, jak jego małżonek wkłada buty.

- Nie zapomniałeś czegoś? – zapytał, starając się zachować względny spokój. Miał na dzisiaj zaplanowane całe popołudnie, wczoraj rozmawiał o tym z Sinbadem i Alibaba doskonale wiedział o jego planach. A teraz działał z pełną premedytacją, tego był w stu procentach pewien.
- Nie, wszystko mam. Nie muszę pisać sobie listy, poza tym, idę z Judalem do centrum handlowego, nie do warzywniaka. – prychnął blondyn a Kouena w tym momencie przeszył dreszcz. Skoro on idzie do centrum handlowego, w dodatku z Judalem… To nie będzie go pół dnia! To już zupełnie zaburzało idealny porządek jego dnia, a Kouen nienawidził gdy działy się takie rzeczy.
- Obiad dla Koali jest na kuchni, potem musisz ją zabawić i położyć spać. I przewinąć w razie potrzeby. Pa, kocham Cię! – wysłał mu jeszcze buziaka i zamknął za sobą drzwi. Ten dźwięk był dla Kouena niczym wyrok skazujący go na spędzenie reszty dnia w otoczeniu pieluch i smoczków. A miał być tak pięknie…

Odkąd urodziła się ich córeczka, Kouen mógł spokojnie stwierdzić, że jest spełnionym, szczęśliwym człowiekiem. No bo przecież miał swoją własną rodzinę, z daleka od swoich braci i kuzynostwa. Rodzina Ren była bardzo liczna, co było czasami przerażające i stanowiło spory problem, zwłaszcza na spotkaniach tejże rodzinki, chyba każdy wie, co się tam wtedy dzieje, prawda? Statystyki mówią, że ponad połowa pytań zadawanych na takich spędach dotyczą drugiej połówki i krępujących faktów z nią związanych. A statystyki nie kłamią! Kouen jako człowiek oczytany zawsze wierzył statystykom.

Rozmyślania na ten temat przerwała mu wibrująca kieszeń. Wydobył z niej telefon, spojrzał na numer osoby dzwoniącej i pozwolił sobie cierpiętniczo westchnąć, zanim odebrał.
- Nici z dzisiejszego meczu, Sinbad. Judal Ci nie mówił, że razem z Alibabą postanowili wsiąknąć na co najmniej kilka godzin?
- Wiem i dlatego dzwonię. Judal jest największym okrutnikiem jakiego ta ziemia nosiła! Ja tyle dla niego robię, żyły sobie w robocie wypruwam i co za to dostaję? Takie nieczyste zagrania! – Sinbad był bardzo wzburzony przy czym jak zwykle bardzo głośny, co niezmiernie Kouena irytowało, chociaż Sin był jego przyjacielem.  
- Co znowu zrobił ten niewdzięcznik? – zapytał, starając się, żeby sarkazm nie przykrył do końca udawanej troski, bo wyszedłby na pozbawionego empatii buca. Usłyszał to kiedyś od Alibaby i nie brzmiało fajnie. W odpowiedzi usłyszał tylko sapnięcie i już wiedział, że szykuje się tyrada.
- Zostawił mnie z dzieckiem! – jęknął niczym cierpiętnik a Kouenowi od razu przeszła ochota na kpiny. Był przecież w takiej samej sytuacji, solidarność plemników i takie tam inne.
- Wiem. Przecież ja też zostałem sam, geniuszu. I masz rację, to wszystko wina Judala, bo wyciągnął Alibabę z domu. Źle go wychowałeś. – stwierdził ze znawstwem, zamykając niechętnie książkę. Wiedział, że jeśli minie wyznaczona godzina w jego spokojnym i cichym domu zawyje najprawdziwsza syrena strażacka, którą mogła ujarzmić jedynie jedna rzecz. Różowy smoczek zapewne leżał gdzieś w odpowiednim miejscu, gdzie został go Alibaba, oczywiście ukrywając go tak, żeby Kouen nigdy go nie znalazł. Zdecydowanie zbyt wiele czasu przebywał z Judalem, ten zgubny wpływ przesiąknął już przez niego na wylot. Doskonale wiedział, że zarówno on jak i Sinbad pierwszy raz byli w tak ekstremalnej sytuacji i jak na prawdziwych mężczyzn przystało, musieli temu podołać bez wsparcia innych. Byli przecież samcami alfa, mieli dawać przykład!
- Dlaczego on ciągle płacze? – Synek Sinbada i Judala, Ryuusuke, nie wiadomo po kim odziedziczył swoją zdolność do przekonywania wszystkich do swoich racji za pomocą głośnego płaczu. Kouen  nazywał to dziecięcym terrorem, ale przecież Judal wiedział lepiej, twierdząc, że maluszek po prostu chce być w centrum uwagi. Ta, będzie z niego dobry dyktator.
- Za chwilę sam będę miał ten sam problem, więc zamiast histeryzować, poszukałbyś jakiegoś dobrego rozwiązania! – Kouen w końcu wstał z kanapy i zaczął po całym mieszkaniu szukać tego różowego ustrojstwa, które zapewniłoby mu ciszę przynajmniej na jakiś czas. Oczywiście jego poszukiwania przebiegały bez przewracania mieszkania do góry nogami, tą funkcję akurat pełnił tutaj blond tajfun, który robił to lepiej niż ktokolwiek inny. Bo przecież nie ma nic lepszego przy przeglądaniu prasy fachowej jak bokserki w serduszka lądujące gdzieś między potylicą a czołem.
- Może trzeba go nakarmić… - Sinbad nie brzmiał zbyt pewnie i Kouen był pewien, że jego przyjacielowi obracają się właśnie trybiki w głowie i niczym Hamlet zadaje sobie pytanie „nakarmić czy nie nakarmić? Oto jest pytanie!” Dylematy  życiowe Sinbada mogłyby złożyć się na osobną książkę, zapewne niezwykle zajmującą. I to byłaby chyba jedyna książka, której Kouen by nie przeczytał.
- Tylko nie dawaj mu pizzy ani hamburgerów. – ostrzegł go Ren, doskonale wiedząc, że tamten był do czegoś takiego zdolny. W końcu skoro on to je, to jego syn też powinien, żeby wyrosnąć na silnego mężczyznę! Co z tego, że ma niespełna dwa lata i jego jedynym zajęciem jest spanie i brudzenie pieluch zamiast knucia planów podbicia świata? Zaraz jednak jemu samemu nasunęło się pytanie, na które nie znał odpowiedzi i to bardzo bolało jego oczytaną dumę.
- Ha! – zawołał triumfalnie, gdy znalazł smoczek w najbardziej oczywistym miejscu, czyli różowym pudełku zawierającym różne rzeczy ich córki. Cóż, to co dla Alibaby było oczywiste, nie zawsze było takim dla Kouena. Oczywistość była w tym związku pojęciem bardzo względnym.
- Alibaba wrócił wcześniej? – zapytał zaciekawiony Sinbad, słysząc radość w głosie Kouena. A to nie zdarzało się zbyt często i warto było zapytać, bo przyczyną musiało być jakieś niespotykane zdarzenie.
- Nie licz na to. Jak wyszli, tak przepadli. – natychmiast zgasił entuzjazm przyjaciela, nie bawiąc się w subtelności. – Ale załatwiłem sobie ciszę na jakiś czas. Smoczek znalazłem. Tak, Ren Kouen cieszył się z tego znaleziska niczym z wygranej ulubionej drużyny, chociaż emocje stłumił w głębokim i bardzo ukrytym środku siebie, uzewnętrzniając je tylko triumfalnym wygięciem warg. Koala leżała w swoim łóżeczku, piszcząc radośnie gdy tylko zobaczyła nad sobą pochyloną twarz ojca. Była uroczym rudzielcem o jasno brązowych oczach, oczywiście z pewnymi genami Renów, bo przecież jego dziecko musiało być idealne.
- On chyba jednak nie jest głodny, Kouen. Ale wrzeszczy jak Kouha na widok Alibaby po wypadku z nowym nożem… - po drugiej stronie telefonu słychać było głośny, dziecięcy płacz, faktycznie przywodzący na myśl reakcję młodszego Rena na widok krwi. Miał tylko nadzieję, że jego uszu nie pokaleczy zaraz ten sam dźwięk.


Kouen Ren był dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Silnym, zdecydowanym i stanowczym, potrafił dobrze opiekować się swoją rodziną i miał niezaprzeczalne zdolności przywódcze. Ale nic nie mógł poradzić na to, że Alibaba po powrocie zastał go z córeczką na kolanach i w białej koszuli z rękawami podwiniętymi po łokcie a kaszka była wszędzie tylko nie tam, gdzie powinna być. Od tamtej pory Alibaba nigdy nie wychodził sam na zakupy.

środa, 25 marca 2015

[D] Sztuka kompromisu [EnAli]

Otóż popełniłam moje pierwsze drabble. Tak żeby uprzyjemnić czekanie na następną część opowiadania ^^

- Nie. - Alibaba był nieprzejednany, chociaż Kouen starał się wszelkimi sposobami przeciągnąć go na swoją stronę. Blondyn tylko zmarszczył się bardziej, po długiej chwili milczenia ze strony swojego faceta uznając jego ignorancję za grzech ciężki. Zaraz poczuł jedną dłoń na swojej talii, drugą wspinającą się co raz wyżej, byle tylko sięgnąć upragnionej zdobyczy. Alibaba tylko sapnął, wyginając się, nie zamierzał mu ulec tak jak za każdym razem. Nawet gdy wylądował na brzuchu z twarzą wciśniętą w poduszkę, zrzucić go z siebie.
- Pogódź się z tym, Alibabo, to naturalna kolej rzeczy... A teraz bądź grzecznym chłopcem i oddaj mi pilota!