sobota, 28 marca 2015

Ojcowie do wynajęcia [EnAli, SinJu]

Traktować to proszę bardzo z przymrużeniem oka, powstało pod wpływem chwili i oczywiście bardzo inspirujących rozmów z Kiri ^^

- Wychodzę. – to jedno słowo sprawiło, że Kouen spiął się i oderwał wzrok od książki, którą właśnie czytał. Bo Kouen nie oglądał telewizji jak wszyscy normalni mężczyźni w jego wieku, a przynajmniej nie w takim stopniu, że zlewał się z kanapą a pilot stał się przedłużeniem ręki. Alibaba był już ubrany do wyjścia, wziął klucze z koszyka stojącego na blacie, schował do torby portfel i okulary przeciwsłoneczne. No bo trzeba wyglądać, nie? Alibaba Ren nawet na zwykłych zakupach musiał pokazywać kim jest.

Kouen otrzeźwiał, gdy zobaczył, jak jego małżonek wkłada buty.

- Nie zapomniałeś czegoś? – zapytał, starając się zachować względny spokój. Miał na dzisiaj zaplanowane całe popołudnie, wczoraj rozmawiał o tym z Sinbadem i Alibaba doskonale wiedział o jego planach. A teraz działał z pełną premedytacją, tego był w stu procentach pewien.
- Nie, wszystko mam. Nie muszę pisać sobie listy, poza tym, idę z Judalem do centrum handlowego, nie do warzywniaka. – prychnął blondyn a Kouena w tym momencie przeszył dreszcz. Skoro on idzie do centrum handlowego, w dodatku z Judalem… To nie będzie go pół dnia! To już zupełnie zaburzało idealny porządek jego dnia, a Kouen nienawidził gdy działy się takie rzeczy.
- Obiad dla Koali jest na kuchni, potem musisz ją zabawić i położyć spać. I przewinąć w razie potrzeby. Pa, kocham Cię! – wysłał mu jeszcze buziaka i zamknął za sobą drzwi. Ten dźwięk był dla Kouena niczym wyrok skazujący go na spędzenie reszty dnia w otoczeniu pieluch i smoczków. A miał być tak pięknie…

Odkąd urodziła się ich córeczka, Kouen mógł spokojnie stwierdzić, że jest spełnionym, szczęśliwym człowiekiem. No bo przecież miał swoją własną rodzinę, z daleka od swoich braci i kuzynostwa. Rodzina Ren była bardzo liczna, co było czasami przerażające i stanowiło spory problem, zwłaszcza na spotkaniach tejże rodzinki, chyba każdy wie, co się tam wtedy dzieje, prawda? Statystyki mówią, że ponad połowa pytań zadawanych na takich spędach dotyczą drugiej połówki i krępujących faktów z nią związanych. A statystyki nie kłamią! Kouen jako człowiek oczytany zawsze wierzył statystykom.

Rozmyślania na ten temat przerwała mu wibrująca kieszeń. Wydobył z niej telefon, spojrzał na numer osoby dzwoniącej i pozwolił sobie cierpiętniczo westchnąć, zanim odebrał.
- Nici z dzisiejszego meczu, Sinbad. Judal Ci nie mówił, że razem z Alibabą postanowili wsiąknąć na co najmniej kilka godzin?
- Wiem i dlatego dzwonię. Judal jest największym okrutnikiem jakiego ta ziemia nosiła! Ja tyle dla niego robię, żyły sobie w robocie wypruwam i co za to dostaję? Takie nieczyste zagrania! – Sinbad był bardzo wzburzony przy czym jak zwykle bardzo głośny, co niezmiernie Kouena irytowało, chociaż Sin był jego przyjacielem.  
- Co znowu zrobił ten niewdzięcznik? – zapytał, starając się, żeby sarkazm nie przykrył do końca udawanej troski, bo wyszedłby na pozbawionego empatii buca. Usłyszał to kiedyś od Alibaby i nie brzmiało fajnie. W odpowiedzi usłyszał tylko sapnięcie i już wiedział, że szykuje się tyrada.
- Zostawił mnie z dzieckiem! – jęknął niczym cierpiętnik a Kouenowi od razu przeszła ochota na kpiny. Był przecież w takiej samej sytuacji, solidarność plemników i takie tam inne.
- Wiem. Przecież ja też zostałem sam, geniuszu. I masz rację, to wszystko wina Judala, bo wyciągnął Alibabę z domu. Źle go wychowałeś. – stwierdził ze znawstwem, zamykając niechętnie książkę. Wiedział, że jeśli minie wyznaczona godzina w jego spokojnym i cichym domu zawyje najprawdziwsza syrena strażacka, którą mogła ujarzmić jedynie jedna rzecz. Różowy smoczek zapewne leżał gdzieś w odpowiednim miejscu, gdzie został go Alibaba, oczywiście ukrywając go tak, żeby Kouen nigdy go nie znalazł. Zdecydowanie zbyt wiele czasu przebywał z Judalem, ten zgubny wpływ przesiąknął już przez niego na wylot. Doskonale wiedział, że zarówno on jak i Sinbad pierwszy raz byli w tak ekstremalnej sytuacji i jak na prawdziwych mężczyzn przystało, musieli temu podołać bez wsparcia innych. Byli przecież samcami alfa, mieli dawać przykład!
- Dlaczego on ciągle płacze? – Synek Sinbada i Judala, Ryuusuke, nie wiadomo po kim odziedziczył swoją zdolność do przekonywania wszystkich do swoich racji za pomocą głośnego płaczu. Kouen  nazywał to dziecięcym terrorem, ale przecież Judal wiedział lepiej, twierdząc, że maluszek po prostu chce być w centrum uwagi. Ta, będzie z niego dobry dyktator.
- Za chwilę sam będę miał ten sam problem, więc zamiast histeryzować, poszukałbyś jakiegoś dobrego rozwiązania! – Kouen w końcu wstał z kanapy i zaczął po całym mieszkaniu szukać tego różowego ustrojstwa, które zapewniłoby mu ciszę przynajmniej na jakiś czas. Oczywiście jego poszukiwania przebiegały bez przewracania mieszkania do góry nogami, tą funkcję akurat pełnił tutaj blond tajfun, który robił to lepiej niż ktokolwiek inny. Bo przecież nie ma nic lepszego przy przeglądaniu prasy fachowej jak bokserki w serduszka lądujące gdzieś między potylicą a czołem.
- Może trzeba go nakarmić… - Sinbad nie brzmiał zbyt pewnie i Kouen był pewien, że jego przyjacielowi obracają się właśnie trybiki w głowie i niczym Hamlet zadaje sobie pytanie „nakarmić czy nie nakarmić? Oto jest pytanie!” Dylematy  życiowe Sinbada mogłyby złożyć się na osobną książkę, zapewne niezwykle zajmującą. I to byłaby chyba jedyna książka, której Kouen by nie przeczytał.
- Tylko nie dawaj mu pizzy ani hamburgerów. – ostrzegł go Ren, doskonale wiedząc, że tamten był do czegoś takiego zdolny. W końcu skoro on to je, to jego syn też powinien, żeby wyrosnąć na silnego mężczyznę! Co z tego, że ma niespełna dwa lata i jego jedynym zajęciem jest spanie i brudzenie pieluch zamiast knucia planów podbicia świata? Zaraz jednak jemu samemu nasunęło się pytanie, na które nie znał odpowiedzi i to bardzo bolało jego oczytaną dumę.
- Ha! – zawołał triumfalnie, gdy znalazł smoczek w najbardziej oczywistym miejscu, czyli różowym pudełku zawierającym różne rzeczy ich córki. Cóż, to co dla Alibaby było oczywiste, nie zawsze było takim dla Kouena. Oczywistość była w tym związku pojęciem bardzo względnym.
- Alibaba wrócił wcześniej? – zapytał zaciekawiony Sinbad, słysząc radość w głosie Kouena. A to nie zdarzało się zbyt często i warto było zapytać, bo przyczyną musiało być jakieś niespotykane zdarzenie.
- Nie licz na to. Jak wyszli, tak przepadli. – natychmiast zgasił entuzjazm przyjaciela, nie bawiąc się w subtelności. – Ale załatwiłem sobie ciszę na jakiś czas. Smoczek znalazłem. Tak, Ren Kouen cieszył się z tego znaleziska niczym z wygranej ulubionej drużyny, chociaż emocje stłumił w głębokim i bardzo ukrytym środku siebie, uzewnętrzniając je tylko triumfalnym wygięciem warg. Koala leżała w swoim łóżeczku, piszcząc radośnie gdy tylko zobaczyła nad sobą pochyloną twarz ojca. Była uroczym rudzielcem o jasno brązowych oczach, oczywiście z pewnymi genami Renów, bo przecież jego dziecko musiało być idealne.
- On chyba jednak nie jest głodny, Kouen. Ale wrzeszczy jak Kouha na widok Alibaby po wypadku z nowym nożem… - po drugiej stronie telefonu słychać było głośny, dziecięcy płacz, faktycznie przywodzący na myśl reakcję młodszego Rena na widok krwi. Miał tylko nadzieję, że jego uszu nie pokaleczy zaraz ten sam dźwięk.


Kouen Ren był dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Silnym, zdecydowanym i stanowczym, potrafił dobrze opiekować się swoją rodziną i miał niezaprzeczalne zdolności przywódcze. Ale nic nie mógł poradzić na to, że Alibaba po powrocie zastał go z córeczką na kolanach i w białej koszuli z rękawami podwiniętymi po łokcie a kaszka była wszędzie tylko nie tam, gdzie powinna być. Od tamtej pory Alibaba nigdy nie wychodził sam na zakupy.

środa, 25 marca 2015

[D] Sztuka kompromisu [EnAli]

Otóż popełniłam moje pierwsze drabble. Tak żeby uprzyjemnić czekanie na następną część opowiadania ^^

- Nie. - Alibaba był nieprzejednany, chociaż Kouen starał się wszelkimi sposobami przeciągnąć go na swoją stronę. Blondyn tylko zmarszczył się bardziej, po długiej chwili milczenia ze strony swojego faceta uznając jego ignorancję za grzech ciężki. Zaraz poczuł jedną dłoń na swojej talii, drugą wspinającą się co raz wyżej, byle tylko sięgnąć upragnionej zdobyczy. Alibaba tylko sapnął, wyginając się, nie zamierzał mu ulec tak jak za każdym razem. Nawet gdy wylądował na brzuchu z twarzą wciśniętą w poduszkę, zrzucić go z siebie.
- Pogódź się z tym, Alibabo, to naturalna kolej rzeczy... A teraz bądź grzecznym chłopcem i oddaj mi pilota!

wtorek, 24 marca 2015

Z deszczu pod rynnę [EnAli]

Z założenia miała być miniaturka, ale chyba pociągnę to dalej, zależy, czy wam się spodoba, o. Miał być fluff, mam nadzieję, że mi wyszedł. No i postacie trochę nie kanoniczne, ale co tam.


Nienawidzę deszczu. Chyba nikt, kto w taką pogodę musi być poza domem, nie ma uśmiechu na twarzy. Deszcz jest przyjemny, gdy siedzi się w domu z kubkiem herbaty w dłoniach, w ciepłych skarpetkach i patrzy się za okno. Wtedy deszcz nawet da się lubić. Ale gdy deszcz moczy futro na uszach i ogonie, gdy przykleja ubranie do ciała i pozwala by wiatr przenikał zimnem aż do kości… Tak, wtedy mam ochotę warczeć na deszcz.
Kartonowe pudło nie jest najlepszym schronieniem, zwłaszcza jak przemoknie i zrobi się z niego taka mokra papka. Gdy mój tymczasowy dom rozpadł się całkowicie, pozostało mi tylko przytulić się do ściany i owinąć ogonem, by uchronić jakoś te resztki ciepła, które jeszcze we mnie zostały. W ciągu tygodnia bezdomności nawet zacząłem sobie jakoś radzić. Wiem, że to nie dużo, ale miałem już w tym wcześniej pewne doświadczenie. Aż do dzisiaj. Zupełnie nie byłem przygotowany na ulewę i nie pomyślałem o znalezieniu jakiegoś zadaszonego schronienia. Mogłem chociażby pójść na dworzec, w końcu było tam wielu bezdomnych i na pewno nie wyrzuciliby jednego nadprogramowego. Mimo siedzenia na zimnej podłodze w oparach dworcowej toalety, byłbym przynajmniej suchy. Ale ja oczywiście byłem pewien, że dam sobie radę z tym błahym problemem, że nie będzie padało wiecznie i zaraz się przejaśni. No i widać, jak na tym wyszedłem.
Skoro opowiadam wam historię swojego krótkiego i niezbyt pasjonującego życia, która raczej nie stanie się bestsellerem, do którego będą powstawały fan ficki, wypadałoby się przedstawić. Nazywam się Alibaba Saluja, mam osiemnaście lat i od tygodnia jestem bezdomnym kotem. Jeszcze nie tak dawno miałem dom i rodzinę, ale najwyraźniej moi przyrodni bracia postanowili sprawdzić, czy faktycznie spadnę na cztery łapy i wyrzucili mnie na ulicę, czyli tam, skąd mnie zgarnęli, gdy byłem jeszcze małym kociakiem. Ot, taka zabawka, umilacz czasu, do popatrzenia, bo nigdy nie widzieli kogoś takiego ja. Każda zabawka nawet najspokojniejszemu dziecku się kiedyś nudzi, więc i ja trafiłem tam, gdzie było moje miejsce.
Kilka dni temu Ahbmad przejeżdżał obok mojego super wypasionego lokalu a ja zaobserwowałem u niego jakąś dziką satysfakcję na widok położenia w jakim się znalazłem. Ah, rodzina. Człowiek nigdy nie słucha, jak mu mówią, że z nimi najlepiej to tylko na zdjęciu. I to w środku, bo z brzegu jeszcze Cię wytną.
Często zdarzało się tak, że właśnie takie zabawki znikały i nikt ich więcej nie widział, chociaż każdy zawsze wracał ze swoich wędrówek. Był to proceder co najmniej niepokojący i obawiałem się, że może dosięgnąć również mnie. No bo co zwykły osiemnastolatek, osłabiony przez taki a nie inny tryb życia mógłby zrobić takim bandziorom? Podrapać ich albo fuknąć najwyżej. Padliby trupem na miejscu. Ze śmiechu. Co prawda miałem tam jakieś umiejętności, gdy przychodziło do walki o swoje z innymi, pięści miałem celne, ale na pewno nie z przeciwnikiem dwa razy większym od siebie. Obracałem się w kręgach, w których spotykałem właśnie takie przypadki zaginięć, gdzie delikwent nie mówił nikomu, że się dokądś wybiera a potem po prostu znikał, zostawiając wszystkie swoje rzeczy. Jednak nikt nie wrócił, co wzbudziło powszechny niepokój i podniosło czujność. Cassim na przykład był zupełnie dziki i dowodził miejscową bandą bezdomnych kotów, swoją charyzmą doskonale utrzymując się na pozycji przywódcy. Nawet trochę go podziwiałem za to, że ma taki posłuch, potrafi przekonać innych, że wcale nie są gorsi i zasługują na lepsze życie. Polegali na nim a Cassim jeszcze ich nie zawiódł, bo przecież byli rodziną, taką, która nie wystawi Cię za próg, gdy kaprys się zmieni albo dziecko zachce nowe zwierzątko. Jego młodsza siostra również zaginęła któregoś dnia i od tamtej pory Cassim na własną rękę próbował ją znaleźć i rozwikłać całą tą sprawę, chociaż nie było to do końca bezpieczne w pojedynkę. Ale przy jego brawurze nikt nie mógł go przekonać, Cassim dążył do celu wszelkimi metodami i to dość sukcesywnie.
 Moja sytuacja diametralnie się zmieniła dokładnie we wtorek po południu, bo zapamiętałem ten dzień jako przełomowy. Nie padało, więc z samego rana wybrałem się na targ, gdzie zawsze kręciło się mnóstwo ludzi, zwłaszcza w dni targowe, takie jak ten. Z uszami pod kapturem starej, za dużej bluzy, szedłem główną alejką, starając się sprawiać wrażenie zwykłego chłopaka na codziennych zakupach, by nie wzbudzać zbędnych podejrzeń. Wyćwiczona umiejętność szybkiego i cichego pozbawiania ludzi portfeli mogła zapewnić mi dzisiaj ciepły posiłek, a może nawet udałoby się zrobić większe zapasy… Może wszyscy uznaliby mnie za pozbawionego jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, ale wolałem kraść, niż stać na rogu ulicy z wyciągniętą ręką, narażając się na pogardliwe spojrzenia przechodniów, którzy już wiele razy brali mnie za ćpuna bez przyszłości, który sam sobie zgotował taki los, bo nie wiedział co zrobić ze swoim życiem. A tak mogłem zapełnić brzuch i zagłuszyć wyrzuty sumienia, bo przecież jakoś te pieniądze musiałem zdobyć, nie rosły na drzewach, jak to w dzieciństwie się słyszało.
Widok wysokiego, postawnego mężczyzny w garniturze szytym na miarę, był w tym akurat miejscu widokiem raczej niecodziennym, gdyż zazwyczaj przychodzili tu mieszkańcy sąsiadującego z targiem osiedla lub przejezdni, chcąc zrobić szybkie zakupy. Przewijały się też nastolatki na wagarach, które włóczyły się bez celu po mieście, ale ludzie pokroju tego mężczyzny zazwyczaj pojawiali się w centrach handlowych i supermarketach. A przynajmniej ja tak myślałem. Z jego stroju wywnioskowałem, że jego portfel raczej nie płacze przed końcem miesiąca i nawet nie zauważy drobnego ubytku. Zresztą, był chyba zajęty rozmową przez telefon, bo nawet się zbytnio po stoiskach nie rozglądał. Robiłem to już wiele razy, zwinięcie portfela jakiemuś ważniakowi nie powinno stanowić dla mnie żadnego problemu, a nawet gdyby się zorientował, znałem tu wszystkie zakamarki i na pewno by mnie złapał. W tym jak bardzo się myliłem, spostrzegłem się dopiero wtedy, gdy głos mężczyzny ucichł a ręka zamknęła się w stalowym uścisku na moim nadgarstku. Jak?! Nie miał żadnego prawa mnie zauważyć, był zbyt zajęty rozmową a poza tym wystarczająco dobrze wtapiałem się w tłum. Szarpnąłem ręką, oczywiście nie wypuszczając z niej swojej zdobyczy, jednak ten facet chyba nic nie robił sobie z moich wysiłków, bo nawet po jego minie było widać, że jest wręcz znudzony tymi nędznymi manifestacjami mojej siły fizycznej. Wyglądał co najmniej przerażająco i już zacząłem się modlić o rychły zgon, ale nie nastąpiło nic takiego, nie zobaczyłem światełka w tunelu i nie zagrały anielskie trąby. Zostałem tylko bezceremonialnie pociągnięty w stronę wyjścia z targu, mogąc jedynie wpatrywać się w szerokie plecy mężczyzny, którego przed chwilą chciałem okraść, najwyraźniej wydając na siebie wyrok śmierci z rąk psychopatycznego mordercy bez wyrazu twarzy. No bo centralnie, on chyba nawet nie mrugał! A jak to on by tym porywaczem i właśnie stałem się jego kolejną ofiarą?
Gdy dotarliśmy do jego samochodu, który oczywiście był super najnowszą bryką, a jakże, facet puścił w końcu moją dłoń i zdarł mi kaptur z głowy. Położyłem uszy płasko po sobie, wpatrując się w jego beznamiętną twarz i zaraz zacisnąłem powieki, gdy uniósł dłoń. Spiąłem się cały w oczekiwaniu na uderzenie, w końcu akurat na parkingu nikogo nie było i mógł mi spokojnie przyłożyć, ale nic takiego się nie stało. Zamiast ciosu poczułem…jak dotyka mojego ucha, jakby sprawdzając, czy jest prawdziwe. Od razu zastrzygłem nimi, bo dotyk był przyjemny i niespodziewany. Co to był za facet?
- Pojedziesz ze mną. – odezwał się a ja poczułem dreszcz spływający po kręgosłupie wywołany brzmieniem jego głosu. Idealnie do niego pasował, nie musiał go w żaden sposób modulować, by wywrzeć odpowiednie wrażenie. – Chciałeś mnie okraść, więc rozumiem, że potrzebujesz pieniędzy. Pozwolę Ci je zarobić. – dodał i wsiadł do samochodu po stronie kierowcy, najwyraźniej czekając aż ja zrobię to samo. W zasadzie mógłbym teraz uciec i nie miałby żadnych szans, żeby znaleźć mnie w zaułkach miasta, jednak całkiem możliwe, że taki koleś miał kontakty w całym mieście i zaraz by mnie zgarnął, gdybym się gdzieś pokazał. A spotkanie z jego ewentualnymi gorylami na pewno nie należałoby do najprzyjemniejszych.
Spojrzałem na niego podejrzliwie, wsiadając i zapinając pas. Czułem, że tak bardzo nie pasuję do tego wnętrza ze swoimi brudnymi ciuchami, że aż skuliłem się w sobie, kładąc uszy płasko na głowie. Mężczyzna najwyraźniej uznał to za poczucie winy, gdyż w końcu jego twarz zmieniła wyraz, poprzez kpiący uśmieszek błąkający się w kącikach ust. Pf, cholerni bogacze, zawsze pewni siebie, przekonani o swojej wyższości.
- Porywasz mnie. – oznajmiłem, patrząc na jego profil. Zdecydowanie czułem się porwany, pewnie Cassim zainteresuje się, gdy nie będę długo wracał, myśląc, że spotkał mnie ten sam los co Mariam. Nie poruszyło to chyba za bardzo mojego porywacza, bo nadal był skupiony na drodze, nie obdarzając mnie nawet przelotnym spojrzeniem.
- Nie. Zabieram Cię, żebyś odpracował swój dług. Jak się nazywasz, smarkaczu? – zapytał a ja zauważyłem, że jednak zerka w moją stronę, konkretniej na uszy i ogon spoczywający na kolanach. Chyba byłem pierwszym kotem, którego widział, wśród bogaczy nie było takich jak ja, więc nie mógł się napatrzeć.
- Alibaba. I nie chcę dla Ciebie pracować, oddałem Ci przecież portfel. – odparłem na swoją obronę, bo faktycznie mój niedoszły łup spoczywał tam, skąd chciałem go wyciągnąć, czyli w kieszeni jego spodni. – Era niewolnictwa to już dawno dinozaur, więc Twój plan chyba się nie powiedzie. – oho, znowu ta mina, która niby nie wyraża nic, ale człowiekowi przechodzą od niej ciarki po plecach i słyszy w głowie Salve Regina. Powinien to opatentować jako broń masowego rażenia.
- Ja nazywam się Kouen Ren i jeśli nie zastosujesz się do moich poleceń, zadbam byś trafił do najgorszego poprawczaka w tym mieście. – A nie mówiłem, że ma wszędzie kontakty? Pewnie jakaś mafia, gang czy inna yakuza… A groźby wypowiadane takim spokojnym tonem były dużo skuteczniejsze, mówię wam. Powinienem spisać testament, zapisując komuś rozsądnemu swoją kolekcję butelek i puszek do skupu. W końcu to był mój cały życiowy dorobek! Nie odezwałem się już, do czasu gdy nie zajechaliśmy pod wielki apartamentowiec, w którym zapewne ten cały Kouen mieszkał. Spodziewałem się tego, nie zdziwię się, gdy przywita nas odźwierny  w uniformie albo lokaj w wiktoriańskim fraku.
Odźwierny był, ukłonił się Kouenowi z szacunkiem, na co ten odpowiedział tylko skinieniem głowy, od razu kierując się do windy. Zapewne mieszkał na samej górze, jak wszyscy bogacze, którzy jedząc śniadanie patrzą na rozciągające się przed nimi miasto i wyobrażają sobie, że są jego właścicielami i władcami. Bardzo nie lubiłem takich ludzi.
Mieszkanie oczywiście było ogromne, nowoczesne i perfekcyjnie czyste, każdy przedmiot miał w nim swoje określone miejsce a Kouen wyglądał na takiego, który ponosi fizyczne cierpienie przez zaburzenie tego ładu. Dużo miejsca zajmowały książki o tytułach, których nigdy nie słyszałem i pewnie nie rozumiałbym z nich ani słowa. Jednak największe wrażenie wywarła na mnie całkowicie przeszklona ściana, dzięki której można było usiąść na puchatym dywanie przed kominkiem i patrzeć z góry na miasto, z kieliszkiem wina w dłoni. Alibaba, ty cholerny romantyku, jesteś w mieszkaniu kompletnie obcego faceta, który chce zmusić Cię do pracy a Ty myślisz o tym jak zaciągnąć go do łóżka! Zapewne ogromnego i wygodnego, a facet, chociaż przystojny, nadal miał zadatki na psychola z filmów Hitchcocka.
- Powinieneś się przebrać i wykąpać. – z tych przemyśleń wyrwał mnie jego głos, aż podskoczyłem i odwróciłem się szybko od pięknego widoku przede mną. Kouen właśnie zdejmował marynarkę i rozluźniał krawat, najwyraźniej nie krępując się moją obecnością. Ale trzeba było mu przyznać, że pomysły miał dobre a ja nigdy nie odmawiałem czegoś co jest za darmo.
- Chętnie się wykąpię. Obiad też proponujesz? Ostatnio jadłem wczoraj, niedługo mi żołądek do krzyża przyrośnie. – poklepałem się po brzuchu, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem głodny. Kouen zaprowadził mnie do dużej łazienki z wanną wpuszczoną w podłogę, podał ręcznik i szlafrok a mi pozostało tylko przyglądać mu się ze szczerym zdziwieniem. W końcu miałem tu pracować, a on traktował mnie jakbym był jego ważnym gościem, czy coś. Nawet wody do wanny mi napuścił! Nie miałem jakichś zbytnich oporów by się przed nim rozebrać, ta gorąca, pachnąca konwaliami woda była zbyt przekonująca, bym znalazł chociaż chwilkę na skrępowanie. Po zrzuceniu z siebie ciuchów od razu zanurzyłem się w wodzie po szyję a z moich ust wydobyło się zadowolone, kocie mruczenie. Było mi dobrze i mógłbym zostać w tej wannie już na zawsze. A przynajmniej godzinę. Poprzez zamknięte oczy nie zauważyłem, że na mojej głowie znowu wylądowała jego ręka, tym razem mocząc mi włosy i delikatnie myjąc, uważając na uszy. Otworzyłem oczy i zauważyłem Kouena z podwiniętymi rękawami koszuli, który najwyraźniej wziął za zadanie bojowe doprowadzenie mnie do względnego porządku. Nie chciałem mu przerywać tej jakże zajmującej czynności, bo robił to bardzo sprawnie, pogłębiając jedynie mruczenie z mojej strony. Pewnie potem będę sobie to wyrzucał, ale kto by się interesował tym, co będzie potem? Teraz mi przyjemnie, nie potem.
Kąpiel dobiegła końca, w wycieraniu i założeniu szlafroka Kouen już mi nie pomagał, powiedział, tylko, że mam wziąć sobie coś z lodówki a sam opuścił mieszkanie, zostawiając mnie samego w tej wielkiej przestrzeni. Od razu zacząłem buszować, chcąc jakoś dowiedzieć się o nim czegoś więcej, W salonie na ścianie wisiał dyplom ukończenia studiów, z którego dowiedziałem się, że Kouen jest prawnikiem. I to chyba całkiem wziętym, patrząc na ile było go stać. Z lodówki wyłowiłem składniki na kanapki a po napełnieniu żołądka (co trochę potrwało, patrząc na to jak dawno mogłem najeść się do syta), usadowiłem się na kanapie. Kouen wrócił mniej więcej po godzinie, wchodząc do salonu z jakimś małym, płaskim pudełkiem w rękach.
Uniosłem tylko brew, patrząc na niego.
- Jakbym wiedział, że tu trafię, spróbowałbym Cię okraść już dawno. – stwierdziłem z uśmiechem, bo byłem najedzony, czysty i zadowolony. Jednak trochę mnie niepokoiła mina Kouena, jednocześnie pewna i trochę zakłopotana, jakby nie mógł się zdecydować.
- Zamknij oczy. – polecił, a ja jednak trochę się zawahałem. Bo jak chciał teraz mnie zabić, po osłabieniu mojej czujności? Tak, byłem mistrzem teorii spiskowych, wiedziałem o tym doskonale. I znowu przeczucia mnie zmyliły, bo poczułem jak Ren dotyka mojej szyi, coś na niej zakładając. Czyżby jakiś łańcuszek? To wyglądało, jakbym miał być jego utrzymankiem, czy coś w ten deseń.
- Możesz otworzyć. – powiedział w końcu a na mnie runęła ciężka rzeczywistość, gdy tylko uniosłem powieki.

Kouen właśnie założył mi na szyi obrożę.

poniedziałek, 23 marca 2015

1.Hakuna matata! [EnAli Disney series]

Uznajmy to za challenge, zapoczątkowany przez moje rozmowy z Kiri i ten filmik klik będący jednocześnie moją inspiracją do pisania tego. Potem jeszcze dołączyła się Hibari i macie przed sobą oto EnAli w wersji Króla Lwa, specjalnie dla Kiri, chociaż grozi mi kapciem, ale jest w zasadzie dobrym gejem xD Jest krótko, ale druga część będzie dłuższa, obiecuję!


Kouen stał na Lwiej Skale, patrząc na rozciągające się przed nim ziemie. Gdzie tylko spojrzał, widział tereny od zawsze należące do jego rodziny, a całkiem niedługo do niego samego. Ta myśl napawała go dumą i przeświadczeniem, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Przecież to było oczywiste, że pewnego pięknego dnia to on tu stanie i wyciągnie ręce, łaskawie błogosławiąc swoich poddanych. Tak, Kouen miał plany niesłychanie ambitne i wcale nie zwracał uwagi na złośliwe teksty tej hieny, Judala, który nazywał go Imperatorem i owładniętym władzą megalomanem. Chyba tylko on miał w sobie tak mało instynktu samozachowawczego (o ile w ogóle kiedyś słyszał o czymś takim, pokopany psychol) żeby tak się do niego zwracać. Bo wszyscy inni doskonale wiedzieli, że gniew Rena jest srogi i dalekosiężny, dlatego nikt nie odważył się głośniej odetchnąć, by nie poczuć na sobie tego wzroku pod tytułem „zginiesz w wymyślnych męczarniach”. Ci śmiałkowie, którzy odważyli się jakoś zakwestionować jego zdanie lub, co gorsza, stwierdzić, że nie ma racji, na sam dźwięk słów „Ren Kouen” drżeli i bledli, jakby stanęli przed obliczem swego największego lęku. Sam Kouen lubił oglądać bojaźń na twarzach poddanych, zazwyczaj poprawiał sobie tym widokiem nastrój z samego rana, gdy nie miał za dobrej nocy. Wtedy struchlałe twarze ludzi były dla niego niczym deser. Nie, nie był jakimś okrutnikiem bez serca czy sadystą, gdzieżby znowu! Po prostu był przekonany, że ludzie muszą wiedzieć kto rządzi, bo inaczej dojdzie do tych wszystkich buntów i strajków a to było takie męczące… I stawało mu na drodze do celu, a tego Kouen bardzo nie lubił. A to, czego nie lubił, zwykł jak najszybciej likwidować. Jego spokój zakłóciło pojawienie się tego, którego od biedy można było nazwać doradcą, chociaż to on sam siebie tak tytułował. Kouen nawet nie musiał się odwracać w jego stronę, by wiedzieć, że właśnie potknął się o kamień i klął pod nosem, życząc mu pod nosem długiej i bolesnej śmierci bez krzty litości. Kamieniowi, gwoli ścisłości.
- Byłby z Ciebie najgorszy skrytobójca na świecie, Kouha. – mruknął, w końcu stając do niego przodem. Obrzucił chłopaka spojrzeniem, a na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień, który mógłby zdradzić jakieś emocje wywołane pojawieniem się doradcy. W ogóle jakiekolwiek emocje gościły na jego twarzy równie często niż banknot dwustuzłotowy w portfelu przeciętnego zjadacza chleba. Niektórzy uważali go wręcz za legendę. Tak samo było z mimiką Kouena. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
- Bracie mój, masz gościa. Jak zwykle nie chciał przyjść tu sam, znasz go… - nie dał mu powiedzieć nic więcej, bo przez lekkie uniesienie kącika ust, który przy odpowiednim punkcie widzenia można było nazwać uśmiechem, Kouha się zamknął. Nie trzeba było mówić, kto postanowił odwiedzić Kouena, bo gość zawsze był ten sam i za każdym razem robił sobie z Kouhy osobistego szambelana. Wrócił do kontemplowania widoku a jego plecy były dla młodszego Rena doskonałym przekazem. Wycofał się, a chwilę po nim na Lwią Skałę wszedł Alibaba, badając uważnie dzisiejszy nastrój i humor Kouena. Bo jeśli dziś był dzień „zamorduję Cię za głębszy oddech”, to wolał nie poruszać żadnego poważniejszego tematu, bo skała była wysoka a on nie potrafił latać. Tak, Alibaba był przekonany, że dla Kouena szybkie uśmiercenie go wcale nie byłoby zabawne i nie dostarczyłoby mu odpowiedniej ilości rozrywki. Ale chyba jednak nie było dzisiaj z nim aż tak źle.
- Znowu wyobrażasz sobie stojący przed Tobą lud? Jak będziesz się tak marszczył, będziesz mógł przemawiać do tych suchych krzaczków. Wdzięczni z nich słuchacze! – No, Alibaba, już możesz ćwiczyć pozę do leżenia w trumnie, przezorny zawsze ubezpieczony. Kouen oczywiście nawet nie drgnął, patrząc dalej przed siebie a Alibaba jakoś tak się skurczył w sobie. Jeśli Ren nie reagował na jego przytyki chociażby uniesieniem brwi, to mogło znaczyć tylko jedno. Postanowił dać mu nauczkę całkowicie go ignorując. A to było najgorsze, ta świadomość, że dla Kouena jego obecność jest równie mało istotna co wymieranie gatunku ryby, której nazwy nikt nie pamięta, bo jest długa, skomplikowana i po łacinie. To trzeba było zacząć inaczej.
- Oczywiście nikt nie twierdzi, że będziesz złym władcą, czy coś, a kto by tam słuchał niezrównoważonego ignoranta, pf. – machnął ręką, mając nadzieję, że jakiś cudem Judal się o tym nie dowie, bo gotów mu z życia zgotować takie piekło, że cmentarzysko dla słoni będzie placykiem zabaw dla dzieci, w porównaniu z tym. I z kim on się zadawał?
- Hmpf. – Kouen wspiął się na wyżyny ignorowania Alibaby, w czym się przecież doskonalił z każdym dniem przy okazji tych jego wizyt i pogaduszek na stopie polityczno społecznej. Chociaż to zazwyczaj Alibaba gadał, a Ren ograniczał się do zapewnienia go, że słucha, co najwyraźniej dzieciakowi wystarczyło do szczęścia. Tego dnia było wyjątkowo ciepło, a na dodatek słońce pyszniło się w zenicie, jakby chciało stanąć z Kouenem do pojedynku na spojrzenia. Bo czemu nie, ktoś tak wyjebisty może konkurować nawet ze słońcem i chyba nikomu nie trzeba było zdradzać jego oczekiwań co do wygranego tego pojedynku. 
- Chociaż ostatnio widziałem Sinbada, który rozmawiał z Koumeiem zupełnie jakby byli najlepszymi przyjaciółmi i wspólnie planowali jakiś urlopik mały czy coś…

Tego dnia słońce zdecydowanie nie sprzyjało Alibabie. Ale on niestety zorientował się w tym dopiero po otrzymaniu lodowato stalowego spojrzenia Kouena.