Traktować to proszę bardzo z przymrużeniem oka, powstało pod wpływem chwili i oczywiście bardzo inspirujących rozmów z Kiri ^^
- Wychodzę. – to jedno słowo sprawiło, że Kouen spiął się i
oderwał wzrok od książki, którą właśnie czytał. Bo Kouen nie oglądał telewizji
jak wszyscy normalni mężczyźni w jego wieku, a przynajmniej nie w takim
stopniu, że zlewał się z kanapą a pilot stał się przedłużeniem ręki. Alibaba
był już ubrany do wyjścia, wziął klucze z koszyka stojącego na blacie, schował
do torby portfel i okulary przeciwsłoneczne. No bo trzeba wyglądać, nie? Alibaba
Ren nawet na zwykłych zakupach musiał pokazywać kim jest.
Kouen otrzeźwiał, gdy zobaczył, jak jego małżonek wkłada
buty.
- Nie zapomniałeś czegoś? – zapytał, starając się zachować
względny spokój. Miał na dzisiaj zaplanowane całe popołudnie, wczoraj rozmawiał
o tym z Sinbadem i Alibaba doskonale wiedział o jego planach. A teraz działał z
pełną premedytacją, tego był w stu procentach pewien.
- Nie, wszystko mam. Nie muszę pisać sobie listy, poza tym,
idę z Judalem do centrum handlowego, nie do warzywniaka. – prychnął blondyn a
Kouena w tym momencie przeszył dreszcz. Skoro on idzie do centrum handlowego, w
dodatku z Judalem… To nie będzie go pół dnia! To już zupełnie zaburzało idealny
porządek jego dnia, a Kouen nienawidził gdy działy się takie rzeczy.
- Obiad dla Koali jest na kuchni, potem musisz ją zabawić i
położyć spać. I przewinąć w razie potrzeby. Pa, kocham Cię! – wysłał mu jeszcze
buziaka i zamknął za sobą drzwi. Ten dźwięk był dla Kouena niczym wyrok
skazujący go na spędzenie reszty dnia w otoczeniu pieluch i smoczków. A miał
być tak pięknie…
Odkąd urodziła się ich córeczka, Kouen mógł spokojnie
stwierdzić, że jest spełnionym, szczęśliwym człowiekiem. No bo przecież miał swoją
własną rodzinę, z daleka od swoich braci i kuzynostwa. Rodzina Ren była bardzo
liczna, co było czasami przerażające i stanowiło spory problem, zwłaszcza na
spotkaniach tejże rodzinki, chyba każdy wie, co się tam wtedy dzieje, prawda?
Statystyki mówią, że ponad połowa pytań zadawanych na takich spędach dotyczą
drugiej połówki i krępujących faktów z nią związanych. A statystyki nie kłamią!
Kouen jako człowiek oczytany zawsze wierzył statystykom.
Rozmyślania na ten temat przerwała mu wibrująca kieszeń. Wydobył
z niej telefon, spojrzał na numer osoby dzwoniącej i pozwolił sobie
cierpiętniczo westchnąć, zanim odebrał.
- Nici z dzisiejszego meczu, Sinbad. Judal Ci nie mówił, że
razem z Alibabą postanowili wsiąknąć na co najmniej kilka godzin?
- Wiem i dlatego dzwonię. Judal jest największym okrutnikiem
jakiego ta ziemia nosiła! Ja tyle dla niego robię, żyły sobie w robocie
wypruwam i co za to dostaję? Takie nieczyste zagrania! – Sinbad był bardzo
wzburzony przy czym jak zwykle bardzo głośny, co niezmiernie Kouena irytowało,
chociaż Sin był jego przyjacielem.
- Co znowu zrobił ten niewdzięcznik? – zapytał, starając
się, żeby sarkazm nie przykrył do końca udawanej troski, bo wyszedłby na
pozbawionego empatii buca. Usłyszał to kiedyś od Alibaby i nie brzmiało fajnie.
W odpowiedzi usłyszał tylko sapnięcie i już wiedział, że szykuje się tyrada.
- Zostawił mnie z dzieckiem! – jęknął niczym cierpiętnik a
Kouenowi od razu przeszła ochota na kpiny. Był przecież w takiej samej
sytuacji, solidarność plemników i takie tam inne.
- Wiem. Przecież ja też zostałem sam, geniuszu. I masz
rację, to wszystko wina Judala, bo wyciągnął Alibabę z domu. Źle go wychowałeś.
– stwierdził ze znawstwem, zamykając niechętnie książkę. Wiedział, że jeśli
minie wyznaczona godzina w jego spokojnym i cichym domu zawyje najprawdziwsza
syrena strażacka, którą mogła ujarzmić jedynie jedna rzecz. Różowy smoczek
zapewne leżał gdzieś w odpowiednim miejscu, gdzie został go Alibaba, oczywiście
ukrywając go tak, żeby Kouen nigdy go nie znalazł. Zdecydowanie zbyt wiele
czasu przebywał z Judalem, ten zgubny wpływ przesiąknął już przez niego na
wylot. Doskonale wiedział, że zarówno on jak i Sinbad pierwszy raz byli w tak
ekstremalnej sytuacji i jak na prawdziwych mężczyzn przystało, musieli temu
podołać bez wsparcia innych. Byli przecież samcami alfa, mieli dawać przykład!
- Dlaczego on ciągle płacze? – Synek Sinbada i Judala,
Ryuusuke, nie wiadomo po kim odziedziczył swoją zdolność do przekonywania
wszystkich do swoich racji za pomocą głośnego płaczu. Kouen nazywał to dziecięcym terrorem, ale przecież
Judal wiedział lepiej, twierdząc, że maluszek po prostu chce być w centrum uwagi.
Ta, będzie z niego dobry dyktator.
- Za chwilę sam będę miał ten sam problem, więc zamiast
histeryzować, poszukałbyś jakiegoś dobrego rozwiązania! – Kouen w końcu wstał z
kanapy i zaczął po całym mieszkaniu szukać tego różowego ustrojstwa, które zapewniłoby
mu ciszę przynajmniej na jakiś czas. Oczywiście jego poszukiwania przebiegały
bez przewracania mieszkania do góry nogami, tą funkcję akurat pełnił tutaj
blond tajfun, który robił to lepiej niż ktokolwiek inny. Bo przecież nie ma nic
lepszego przy przeglądaniu prasy fachowej jak bokserki w serduszka lądujące
gdzieś między potylicą a czołem.
- Może trzeba go nakarmić… - Sinbad nie brzmiał zbyt pewnie
i Kouen był pewien, że jego przyjacielowi obracają się właśnie trybiki w głowie
i niczym Hamlet zadaje sobie pytanie „nakarmić czy nie nakarmić? Oto jest
pytanie!” Dylematy życiowe Sinbada
mogłyby złożyć się na osobną książkę, zapewne niezwykle zajmującą. I to byłaby
chyba jedyna książka, której Kouen by nie przeczytał.
- Tylko nie dawaj mu pizzy ani hamburgerów. – ostrzegł go
Ren, doskonale wiedząc, że tamten był do czegoś takiego zdolny. W końcu skoro
on to je, to jego syn też powinien, żeby wyrosnąć na silnego mężczyznę! Co z
tego, że ma niespełna dwa lata i jego jedynym zajęciem jest spanie i brudzenie pieluch
zamiast knucia planów podbicia świata? Zaraz jednak jemu samemu nasunęło się
pytanie, na które nie znał odpowiedzi i to bardzo bolało jego oczytaną dumę.
- Ha! – zawołał triumfalnie, gdy znalazł smoczek w
najbardziej oczywistym miejscu, czyli różowym pudełku zawierającym różne rzeczy
ich córki. Cóż, to co dla Alibaby było oczywiste, nie zawsze było takim dla
Kouena. Oczywistość była w tym związku pojęciem bardzo względnym.
- Alibaba wrócił wcześniej? – zapytał zaciekawiony Sinbad,
słysząc radość w głosie Kouena. A to nie zdarzało się zbyt często i warto było
zapytać, bo przyczyną musiało być jakieś niespotykane zdarzenie.
- Nie licz na to. Jak wyszli, tak przepadli. – natychmiast zgasił
entuzjazm przyjaciela, nie bawiąc się w subtelności. – Ale załatwiłem sobie
ciszę na jakiś czas. Smoczek znalazłem. Tak, Ren Kouen cieszył się z tego
znaleziska niczym z wygranej ulubionej drużyny, chociaż emocje stłumił w
głębokim i bardzo ukrytym środku siebie, uzewnętrzniając je tylko triumfalnym
wygięciem warg. Koala leżała w swoim łóżeczku, piszcząc radośnie gdy tylko
zobaczyła nad sobą pochyloną twarz ojca. Była uroczym rudzielcem o jasno
brązowych oczach, oczywiście z pewnymi genami Renów, bo przecież jego dziecko
musiało być idealne.
- On chyba jednak nie jest głodny, Kouen. Ale wrzeszczy jak
Kouha na widok Alibaby po wypadku z nowym nożem… - po drugiej stronie telefonu
słychać było głośny, dziecięcy płacz, faktycznie przywodzący na myśl reakcję
młodszego Rena na widok krwi. Miał tylko nadzieję, że jego uszu nie pokaleczy
zaraz ten sam dźwięk.
Kouen Ren był dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Silnym,
zdecydowanym i stanowczym, potrafił dobrze opiekować się swoją rodziną i miał
niezaprzeczalne zdolności przywódcze. Ale nic nie mógł poradzić na to, że
Alibaba po powrocie zastał go z córeczką na kolanach i w białej koszuli z
rękawami podwiniętymi po łokcie a kaszka była wszędzie tylko nie tam, gdzie
powinna być. Od tamtej pory Alibaba nigdy nie wychodził sam na zakupy.