Z założenia miała być miniaturka, ale chyba pociągnę to dalej, zależy, czy wam się spodoba, o. Miał być fluff, mam nadzieję, że mi wyszedł. No i postacie trochę nie kanoniczne, ale co tam.
Nienawidzę deszczu. Chyba nikt, kto w taką pogodę musi być
poza domem, nie ma uśmiechu na twarzy. Deszcz jest przyjemny, gdy siedzi się w
domu z kubkiem herbaty w dłoniach, w ciepłych skarpetkach i patrzy się za okno.
Wtedy deszcz nawet da się lubić. Ale gdy deszcz moczy futro na uszach i ogonie,
gdy przykleja ubranie do ciała i pozwala by wiatr przenikał zimnem aż do kości…
Tak, wtedy mam ochotę warczeć na deszcz.
Kartonowe pudło nie jest najlepszym schronieniem, zwłaszcza
jak przemoknie i zrobi się z niego taka mokra papka. Gdy mój tymczasowy dom
rozpadł się całkowicie, pozostało mi tylko przytulić się do ściany i owinąć
ogonem, by uchronić jakoś te resztki ciepła, które jeszcze we mnie zostały. W
ciągu tygodnia bezdomności nawet zacząłem sobie jakoś radzić. Wiem, że to nie
dużo, ale miałem już w tym wcześniej pewne doświadczenie. Aż do dzisiaj.
Zupełnie nie byłem przygotowany na ulewę i nie pomyślałem o znalezieniu
jakiegoś zadaszonego schronienia. Mogłem chociażby pójść na dworzec, w końcu
było tam wielu bezdomnych i na pewno nie wyrzuciliby jednego nadprogramowego. Mimo
siedzenia na zimnej podłodze w oparach dworcowej toalety, byłbym przynajmniej
suchy. Ale ja oczywiście byłem pewien, że dam sobie radę z tym błahym
problemem, że nie będzie padało wiecznie i zaraz się przejaśni. No i widać, jak
na tym wyszedłem.
Skoro opowiadam wam historię swojego krótkiego i niezbyt
pasjonującego życia, która raczej nie stanie się bestsellerem, do którego będą
powstawały fan ficki, wypadałoby się przedstawić. Nazywam się Alibaba Saluja,
mam osiemnaście lat i od tygodnia jestem bezdomnym kotem. Jeszcze nie tak dawno
miałem dom i rodzinę, ale najwyraźniej moi przyrodni bracia postanowili
sprawdzić, czy faktycznie spadnę na cztery łapy i wyrzucili mnie na ulicę,
czyli tam, skąd mnie zgarnęli, gdy byłem jeszcze małym kociakiem. Ot, taka
zabawka, umilacz czasu, do popatrzenia, bo nigdy nie widzieli kogoś takiego ja.
Każda zabawka nawet najspokojniejszemu dziecku się kiedyś nudzi, więc i ja
trafiłem tam, gdzie było moje miejsce.
Kilka dni temu Ahbmad przejeżdżał obok mojego super
wypasionego lokalu a ja zaobserwowałem u niego jakąś dziką satysfakcję na widok
położenia w jakim się znalazłem. Ah, rodzina. Człowiek nigdy nie słucha, jak mu
mówią, że z nimi najlepiej to tylko na zdjęciu. I to w środku, bo z brzegu
jeszcze Cię wytną.
Często zdarzało się tak, że właśnie takie zabawki znikały i
nikt ich więcej nie widział, chociaż każdy zawsze wracał ze swoich wędrówek.
Był to proceder co najmniej niepokojący i obawiałem się, że może dosięgnąć
również mnie. No bo co zwykły osiemnastolatek, osłabiony przez taki a nie inny
tryb życia mógłby zrobić takim bandziorom? Podrapać ich albo fuknąć najwyżej.
Padliby trupem na miejscu. Ze śmiechu. Co prawda miałem tam jakieś
umiejętności, gdy przychodziło do walki o swoje z innymi, pięści miałem celne,
ale na pewno nie z przeciwnikiem dwa razy większym od siebie. Obracałem się w
kręgach, w których spotykałem właśnie takie przypadki zaginięć, gdzie delikwent
nie mówił nikomu, że się dokądś wybiera a potem po prostu znikał, zostawiając
wszystkie swoje rzeczy. Jednak nikt nie wrócił, co wzbudziło powszechny
niepokój i podniosło czujność. Cassim na przykład był zupełnie dziki i dowodził
miejscową bandą bezdomnych kotów, swoją charyzmą doskonale utrzymując się na
pozycji przywódcy. Nawet trochę go podziwiałem za to, że ma taki posłuch,
potrafi przekonać innych, że wcale nie są gorsi i zasługują na lepsze życie.
Polegali na nim a Cassim jeszcze ich nie zawiódł, bo przecież byli rodziną,
taką, która nie wystawi Cię za próg, gdy kaprys się zmieni albo dziecko zachce
nowe zwierzątko. Jego młodsza siostra również zaginęła któregoś dnia i od
tamtej pory Cassim na własną rękę próbował ją znaleźć i rozwikłać całą tą
sprawę, chociaż nie było to do końca bezpieczne w pojedynkę. Ale przy jego
brawurze nikt nie mógł go przekonać, Cassim dążył do celu wszelkimi metodami i
to dość sukcesywnie.
Moja sytuacja
diametralnie się zmieniła dokładnie we wtorek po południu, bo zapamiętałem ten
dzień jako przełomowy. Nie padało, więc z samego rana wybrałem się na targ,
gdzie zawsze kręciło się mnóstwo ludzi, zwłaszcza w dni targowe, takie jak ten.
Z uszami pod kapturem starej, za dużej bluzy, szedłem główną alejką, starając
się sprawiać wrażenie zwykłego chłopaka na codziennych zakupach, by nie
wzbudzać zbędnych podejrzeń. Wyćwiczona umiejętność szybkiego i cichego
pozbawiania ludzi portfeli mogła zapewnić mi dzisiaj ciepły posiłek, a może
nawet udałoby się zrobić większe zapasy… Może wszyscy uznaliby mnie za
pozbawionego jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, ale wolałem kraść, niż stać
na rogu ulicy z wyciągniętą ręką, narażając się na pogardliwe spojrzenia
przechodniów, którzy już wiele razy brali mnie za ćpuna bez przyszłości, który
sam sobie zgotował taki los, bo nie wiedział co zrobić ze swoim życiem. A tak
mogłem zapełnić brzuch i zagłuszyć wyrzuty sumienia, bo przecież jakoś te pieniądze
musiałem zdobyć, nie rosły na drzewach, jak to w dzieciństwie się słyszało.
Widok wysokiego, postawnego mężczyzny w garniturze szytym na
miarę, był w tym akurat miejscu widokiem raczej niecodziennym, gdyż zazwyczaj
przychodzili tu mieszkańcy sąsiadującego z targiem osiedla lub przejezdni,
chcąc zrobić szybkie zakupy. Przewijały się też nastolatki na wagarach, które
włóczyły się bez celu po mieście, ale ludzie pokroju tego mężczyzny zazwyczaj
pojawiali się w centrach handlowych i supermarketach. A przynajmniej ja tak
myślałem. Z jego stroju wywnioskowałem, że jego portfel raczej nie płacze przed
końcem miesiąca i nawet nie zauważy drobnego ubytku. Zresztą, był chyba zajęty
rozmową przez telefon, bo nawet się zbytnio po stoiskach nie rozglądał. Robiłem
to już wiele razy, zwinięcie portfela jakiemuś ważniakowi nie powinno stanowić
dla mnie żadnego problemu, a nawet gdyby się zorientował, znałem tu wszystkie
zakamarki i na pewno by mnie złapał. W tym jak bardzo się myliłem, spostrzegłem
się dopiero wtedy, gdy głos mężczyzny ucichł a ręka zamknęła się w stalowym uścisku
na moim nadgarstku. Jak?! Nie miał żadnego prawa mnie zauważyć, był zbyt zajęty
rozmową a poza tym wystarczająco dobrze wtapiałem się w tłum. Szarpnąłem ręką,
oczywiście nie wypuszczając z niej swojej zdobyczy, jednak ten facet chyba nic
nie robił sobie z moich wysiłków, bo nawet po jego minie było widać, że jest
wręcz znudzony tymi nędznymi manifestacjami mojej siły fizycznej. Wyglądał co
najmniej przerażająco i już zacząłem się modlić o rychły zgon, ale nie
nastąpiło nic takiego, nie zobaczyłem światełka w tunelu i nie zagrały
anielskie trąby. Zostałem tylko bezceremonialnie pociągnięty w stronę wyjścia z
targu, mogąc jedynie wpatrywać się w szerokie plecy mężczyzny, którego przed
chwilą chciałem okraść, najwyraźniej wydając na siebie wyrok śmierci z rąk
psychopatycznego mordercy bez wyrazu twarzy. No bo centralnie, on chyba nawet
nie mrugał! A jak to on by tym porywaczem i właśnie stałem się jego kolejną
ofiarą?
Gdy dotarliśmy do jego samochodu, który oczywiście był super
najnowszą bryką, a jakże, facet puścił w końcu moją dłoń i zdarł mi kaptur z
głowy. Położyłem uszy płasko po sobie, wpatrując się w jego beznamiętną twarz i
zaraz zacisnąłem powieki, gdy uniósł dłoń. Spiąłem się cały w oczekiwaniu na
uderzenie, w końcu akurat na parkingu nikogo nie było i mógł mi spokojnie
przyłożyć, ale nic takiego się nie stało. Zamiast ciosu poczułem…jak dotyka
mojego ucha, jakby sprawdzając, czy jest prawdziwe. Od razu zastrzygłem nimi,
bo dotyk był przyjemny i niespodziewany. Co to był za facet?
- Pojedziesz ze mną. – odezwał się a ja poczułem dreszcz
spływający po kręgosłupie wywołany brzmieniem jego głosu. Idealnie do niego
pasował, nie musiał go w żaden sposób modulować, by wywrzeć odpowiednie
wrażenie. – Chciałeś mnie okraść, więc rozumiem, że potrzebujesz pieniędzy.
Pozwolę Ci je zarobić. – dodał i wsiadł do samochodu po stronie kierowcy,
najwyraźniej czekając aż ja zrobię to samo. W zasadzie mógłbym teraz uciec i
nie miałby żadnych szans, żeby znaleźć mnie w zaułkach miasta, jednak całkiem
możliwe, że taki koleś miał kontakty w całym mieście i zaraz by mnie zgarnął,
gdybym się gdzieś pokazał. A spotkanie z jego ewentualnymi gorylami na pewno
nie należałoby do najprzyjemniejszych.
Spojrzałem na niego podejrzliwie, wsiadając i zapinając pas.
Czułem, że tak bardzo nie pasuję do tego wnętrza ze swoimi brudnymi ciuchami,
że aż skuliłem się w sobie, kładąc uszy płasko na głowie. Mężczyzna
najwyraźniej uznał to za poczucie winy, gdyż w końcu jego twarz zmieniła wyraz,
poprzez kpiący uśmieszek błąkający się w kącikach ust. Pf, cholerni bogacze,
zawsze pewni siebie, przekonani o swojej wyższości.
- Porywasz mnie. – oznajmiłem, patrząc na jego profil.
Zdecydowanie czułem się porwany, pewnie Cassim zainteresuje się, gdy nie będę
długo wracał, myśląc, że spotkał mnie ten sam los co Mariam. Nie poruszyło to
chyba za bardzo mojego porywacza, bo nadal był skupiony na drodze, nie
obdarzając mnie nawet przelotnym spojrzeniem.
- Nie. Zabieram Cię, żebyś odpracował swój dług. Jak się
nazywasz, smarkaczu? – zapytał a ja zauważyłem, że jednak zerka w moją stronę,
konkretniej na uszy i ogon spoczywający na kolanach. Chyba byłem pierwszym
kotem, którego widział, wśród bogaczy nie było takich jak ja, więc nie mógł się
napatrzeć.
- Alibaba. I nie chcę dla Ciebie pracować, oddałem Ci
przecież portfel. – odparłem na swoją obronę, bo faktycznie mój niedoszły łup
spoczywał tam, skąd chciałem go wyciągnąć, czyli w kieszeni jego spodni. – Era niewolnictwa
to już dawno dinozaur, więc Twój plan chyba się nie powiedzie. – oho, znowu ta
mina, która niby nie wyraża nic, ale człowiekowi przechodzą od niej ciarki po
plecach i słyszy w głowie Salve Regina. Powinien to opatentować jako broń
masowego rażenia.
- Ja nazywam się Kouen Ren i jeśli nie zastosujesz się do
moich poleceń, zadbam byś trafił do najgorszego poprawczaka w tym mieście. – A nie
mówiłem, że ma wszędzie kontakty? Pewnie jakaś mafia, gang czy inna yakuza… A
groźby wypowiadane takim spokojnym tonem były dużo skuteczniejsze, mówię wam.
Powinienem spisać testament, zapisując komuś rozsądnemu swoją kolekcję butelek
i puszek do skupu. W końcu to był mój cały życiowy dorobek! Nie odezwałem się
już, do czasu gdy nie zajechaliśmy pod wielki apartamentowiec, w którym zapewne
ten cały Kouen mieszkał. Spodziewałem się tego, nie zdziwię się, gdy przywita
nas odźwierny w uniformie albo lokaj w
wiktoriańskim fraku.
Odźwierny był, ukłonił się Kouenowi z szacunkiem, na co ten
odpowiedział tylko skinieniem głowy, od razu kierując się do windy. Zapewne
mieszkał na samej górze, jak wszyscy bogacze, którzy jedząc śniadanie patrzą na
rozciągające się przed nimi miasto i wyobrażają sobie, że są jego właścicielami
i władcami. Bardzo nie lubiłem takich ludzi.
Mieszkanie oczywiście było ogromne, nowoczesne i
perfekcyjnie czyste, każdy przedmiot miał w nim swoje określone miejsce a Kouen
wyglądał na takiego, który ponosi fizyczne cierpienie przez zaburzenie tego
ładu. Dużo miejsca zajmowały książki o tytułach, których nigdy nie słyszałem i
pewnie nie rozumiałbym z nich ani słowa. Jednak największe wrażenie wywarła na mnie
całkowicie przeszklona ściana, dzięki której można było usiąść na puchatym
dywanie przed kominkiem i patrzeć z góry na miasto, z kieliszkiem wina w dłoni.
Alibaba, ty cholerny romantyku, jesteś w mieszkaniu kompletnie obcego faceta,
który chce zmusić Cię do pracy a Ty myślisz o tym jak zaciągnąć go do łóżka!
Zapewne ogromnego i wygodnego, a facet, chociaż przystojny, nadal miał zadatki
na psychola z filmów Hitchcocka.
- Powinieneś się przebrać i wykąpać. – z tych przemyśleń
wyrwał mnie jego głos, aż podskoczyłem i odwróciłem się szybko od pięknego
widoku przede mną. Kouen właśnie zdejmował marynarkę i rozluźniał krawat,
najwyraźniej nie krępując się moją obecnością. Ale trzeba było mu przyznać, że
pomysły miał dobre a ja nigdy nie odmawiałem czegoś co jest za darmo.
- Chętnie się wykąpię. Obiad też proponujesz? Ostatnio
jadłem wczoraj, niedługo mi żołądek do krzyża przyrośnie. – poklepałem się po
brzuchu, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem głodny.
Kouen zaprowadził mnie do dużej łazienki z wanną wpuszczoną w podłogę, podał
ręcznik i szlafrok a mi pozostało tylko przyglądać mu się ze szczerym
zdziwieniem. W końcu miałem tu pracować, a on traktował mnie jakbym był jego
ważnym gościem, czy coś. Nawet wody do wanny mi napuścił! Nie miałem jakichś
zbytnich oporów by się przed nim rozebrać, ta gorąca, pachnąca konwaliami woda
była zbyt przekonująca, bym znalazł chociaż chwilkę na skrępowanie. Po
zrzuceniu z siebie ciuchów od razu zanurzyłem się w wodzie po szyję a z moich
ust wydobyło się zadowolone, kocie mruczenie. Było mi dobrze i mógłbym zostać w
tej wannie już na zawsze. A przynajmniej godzinę. Poprzez zamknięte oczy nie
zauważyłem, że na mojej głowie znowu wylądowała jego ręka, tym razem mocząc mi
włosy i delikatnie myjąc, uważając na uszy. Otworzyłem oczy i zauważyłem Kouena
z podwiniętymi rękawami koszuli, który najwyraźniej wziął za zadanie bojowe
doprowadzenie mnie do względnego porządku. Nie chciałem mu przerywać tej jakże
zajmującej czynności, bo robił to bardzo sprawnie, pogłębiając jedynie
mruczenie z mojej strony. Pewnie potem będę sobie to wyrzucał, ale kto by się
interesował tym, co będzie potem? Teraz mi przyjemnie, nie potem.
Kąpiel dobiegła końca, w wycieraniu i założeniu szlafroka
Kouen już mi nie pomagał, powiedział, tylko, że mam wziąć sobie coś z lodówki a
sam opuścił mieszkanie, zostawiając mnie samego w tej wielkiej przestrzeni. Od
razu zacząłem buszować, chcąc jakoś dowiedzieć się o nim czegoś więcej, W
salonie na ścianie wisiał dyplom ukończenia studiów, z którego dowiedziałem
się, że Kouen jest prawnikiem. I to chyba całkiem wziętym, patrząc na ile było
go stać. Z lodówki wyłowiłem składniki na kanapki a po napełnieniu żołądka (co
trochę potrwało, patrząc na to jak dawno mogłem najeść się do syta), usadowiłem
się na kanapie. Kouen wrócił mniej więcej po godzinie, wchodząc do salonu z
jakimś małym, płaskim pudełkiem w rękach.
Uniosłem tylko brew, patrząc na niego.
- Jakbym wiedział, że tu trafię, spróbowałbym Cię okraść już
dawno. – stwierdziłem z uśmiechem, bo byłem najedzony, czysty i zadowolony.
Jednak trochę mnie niepokoiła mina Kouena, jednocześnie pewna i trochę
zakłopotana, jakby nie mógł się zdecydować.
- Zamknij oczy. – polecił, a ja jednak trochę się zawahałem.
Bo jak chciał teraz mnie zabić, po osłabieniu mojej czujności? Tak, byłem
mistrzem teorii spiskowych, wiedziałem o tym doskonale. I znowu przeczucia mnie
zmyliły, bo poczułem jak Ren dotyka mojej szyi, coś na niej zakładając. Czyżby
jakiś łańcuszek? To wyglądało, jakbym miał być jego utrzymankiem, czy coś w ten
deseń.
- Możesz otworzyć. – powiedział w końcu a na mnie runęła
ciężka rzeczywistość, gdy tylko uniosłem powieki.
Kouen właśnie założył mi na szyi obrożę.
Wizja Kouena w białej koszuli z podwiniętymi rękawami, myjącego włosy Alibabie-neko tak bardzo mnie rozczuliła, że idę zrobić sobie z kołdry kokon i płakać do niej i mówić jej: "Kołderko-chan, to było zbyt piękne. Piękno tej wizji nie pozwala mi dłużej patrzeć na okrutny świat. Kołderko-chan, uratuj mnie.". :_______:
OdpowiedzUsuńPotem było już tylko lepiej.... :____:
O-o-o-o-obroża!?!?!?!?!?! *________________* TAAAAAAK! TAAAAAAK! *____* Czy to jest czerwona obroża z żółtym dzwoneczkiem!??!!? JESZCZE TYLKO JAKĄŚ WSTĄŻECZKĘ NA JEDNO USZKO I BĘDZIE PERFEKCYJNIE ! <3 <3 <3 <3 <3
Co do części wstępnej - miałam nadzieję, że Kouen pojawi się przed Alibabą w deszczu, trzymając parasol i zabierze go ze sobą, kiedy Alibaba już zemdleje. :__: Ale widze, że nie trzymasz się schematu, podoba mi się to! Cassim będzie szukał Alibaby? Z tego może wyjść genialny romans! :__: Wojna Kouen vs wszyscy o Alibabę! *_____* XDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD I oczywiście, że Kouen wyjdzie z tego jako zwycięzca. Kouen zawsze jest zwycięzcą. :_;
Alibaba, ty okropny, kochany złodzieju.
GDZIE JEST DRUGA CZĘŚĆ!?
JAK TY CUDOWNIE PISZESZ! *~~~~~~* I JAKIE TO CUDOWNE OPOWIADANIE! Bosz, powiedz mi kiedy druga część? Ja to chcę tak bardzo ;/////////////////////////; *leży roztopiona jak masło na patelni*
OdpowiedzUsuńTAK <33
OdpowiedzUsuń*nie umie pisac ale umie oceniać dobre teksty*
PISZ TO PISZ, BO CIE ZNAJDĘ I ZGWAŁCĘ! DDDD: DAJ MI WIĘĘĘĘCEEEJ! DDDD;
Po prostu jak już zaczełam czytać o ALim kotołaku to wiedziałam, że coś takiego będzie na rzeczy.
PPO PROSTU WIEDZIAŁAM XDDD
Jest genialne <3 będę stalczyć i czekac na koljny rozdział x3
siemka :)
OdpowiedzUsuńwybacz, ale nie lubię się rozpisywać: kiedy dalsza część?
dziś trafiłam na ten blog i bardzo mnie to wciągnęło...
pozdrawiam :)