czwartek, 30 kwietnia 2015

What have you done now? [HakuAli]

Mój pierwszy angst, nie bijcie. Dla Kiri. Obiecuję, napiszę Ci jeszcze fluffy z nimi.

Nawet jego własny odtwarzacz się na niego uwziął. Alibaba miał ochotę uśmiechnąć się gorzko, gdy usłyszał w słuchawkach „If you were dead or still alive, I don’t care”. Dzięki muzyce miał odciąć się od narastających problemów, zapomnieć chociaż na kilka chwil i rozluźnić się. Ale to się już nazywa złośliwość rzeczy martwych. Na szczęście w pokoju był sam, jego współlokator jak i zarazem największy powód owych problemów, wybył gdzieś razem ze swoim przyjacielem. I tylko Alibaba zauważył, że on sprowadza go na złą drogę, że zmienia go całkowicie i próbuje podporządkować swojej woli. Tylko Alibaba te zmiany dostrzegał i tylko jemu się one nie podobały.

Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Hakuryuu. Już po oczach Saluja widział jego nietrzeźwość, jak zawsze po spotkaniach z tym cholernym Judalem. Czasami zdarzało się też, że przynosił ze sobą mdląco słodki zapach marihuany, ale jak zawsze, Alibaba nic nie mówił. Zajmowali jeden pokój w bidulu od dziecka, matka Alibaby zmarła z powodu chorób, których nabawiła się w pracy. Blondyn prychał za każdym razem, gdy ktoś mówił o tym w ten sposób. I po co takie piękne słowa? Nie lepiej po prostu powiedzieć, że jego matka była dziwką i wykończył ją zwykły syf? A że kiedyś jej klientem był jeden z najbogatszych facetów w mieście… Problemu trzeba było się pozbyć.
- Wcześnie dziś wróciłeś. – mruknął, wyciągając słuchawki z uszu, wychodząc ze swojego bezpiecznego azylu. Musieli rozmawiać a przynajmniej Alibaba musiał mówić. Cisza byłą dla niego zdecydowanie zbyt nieznośna. Tak jak się spodziewał, Hakuryuu mruknął coś tylko pod nosem, tym razem szczędząc mu potoku pijackich bluzgów a potem Saluja mógł zaobserwować jego plecy znikające za drzwiami małej łazienki. Może gdyby jego matka nie była szajbuską, która zabiła swojego męża i dwóch starszych synów, by następnie chcąc zyskać władzę, dobierać się do swojego pasierba… Wtedy Hakuryuu pewnie byłby inny. Pewnie nie potrzebowałby towarzystwa największego degenerata w całym sierocińcu.
Alibaba usiadł na łóżku i potargał włosy, z lekka zirytowany tym ciągłym gdybaniem. Przecież to mu nic nie da, tylko narobi jeszcze większego mętliku w głowie.

Ciężko mu było patrzeć na bladą, chudą twarz śpiącego Rena. Na ten niezdrowy kolor, cienie pod oczami i zapadnięte policzki. Sam nie wiedział, kiedy zaczął głaskać go po policzku, zimnym i niezbyt przyjemnym w dotyku, jakby Hakuryuu nie miał już w sobie ani odrobiny życia. Był pewny, że się nie obudzi, zawsze mocno spał po alkoholu.

Dni zlewały się w jedno, Alibaba przestał już zwracać na nie uwagę. Wpadł w rutynę; najpierw czekał, zarzekając się, że to ostatni raz, nigdy więcej, bo to bez sensu i niczego nie zmieni. A potem przez większość nocy był strażnikiem jego snu, po prostu siedział i patrzył.
Do czasu gdy niebieskie oczy Hakuryuu otworzyły się i spojrzały prosto na niego.
- Co robisz? – zapytał schrypniętym głosem przez niemiłosiernie ściśnięte gardło. Każde słowo tylko dodatkowo je podrażniało.
Gdy oswoił się z przyłapaniem na gorącym uczynku, Alibaba zmarszczył lekko brwi.
- I kto to mówi? Zobacz, do czego doprowadziłeś. Nie masz siły podnieść głowy z łóżka. – rozmowy z nim, jeśli już w ogóle do nich dochodziło, zawsze kończyły się tym samym. Hakuryuu pokornie słuchał kazania a potem jakby nigdy nic, szedł spać albo prosto do Judala, co Alibabę bolało jeszcze bardziej. Przecież on by mu pomógł, razem daliby radę, we dwójkę, bez zbędnych osób, które mogłyby zburzyć ten obraz. Nie potrzebował go wciągać w żadne bagno a wręcz przeciwnie, chciał mu pomóc się od niego oderwać, odbić się od dna. W końcu on przeżył to samo, razem siedzieli w podobnej patologii.
- Co Ty wiesz? Nie znasz mnie. Tylko patrzył.

Kolejnym ciosem było to, że Ren miał rację. Alibaba tylko patrzył, zamiast zrobić cokolwiek.

Potem była strzykawka. Długa, o dziwo spokojna, rozmowa do późnej nocy, na parapecie, przy orzeźwiającym nocnym powietrzu. Spokojny, głęboki sen.
Zaczynał myśleć, że jest lepiej. Hakuryuu spędzał z nim czas, cień uśmiechu wracał na jego przygaszoną twarz i już praktycznie w ogóle nie spotykał się z Judalem.
Pozory przez niego stworzone dały blondynowi złudną nadzieję, że po tej burzy dla niego jednak wyjdzie słońce.

Ale dlaczego czarne?

Gdy krwawy szlak zaprowadził go do łazienki, do białych płytek upstrzonych szkarłatnymi plamkami, serce stanęło mu w gardle, zimno opanowało ciało a pustka myśli. Potem pamiętał tylko jak miotał się, by znaleźć opatrunek, by zdążyć i nie stracić tego wszystkiego co zdołał postawić na nowo z gruzów. Teraz już wiedział, że nie buduje się zamków na piasku.
Nie lubił szpitali. Chyba jak każdy, ale on czuł się tu przygnieciony całym, zebranym smutkiem chorych i odwiedzających, co sprawiało, że nie mógł zaczerpnąć oddechu i chciał jak najszybciej stąd wyjść.
Aktualnie znalazł sobie zajęcie, które polegało na liczeniu kropli upływających z kroplówki. Bardzo zajmujące, szczerze polecam. Oderwał wzrok dopiero gdy blada dłoń poruszyła się na równie jasnej, sztywno wykrochmalonej pościeli.
- Uratuj mnie… - szepnął z wyraźnym trudem Hakuryuu, nie otwierając jednak oczu. Doskonale wiedział, kto przy nim jest. Alibaba przycisnął usta do jego czoła.
- Obiecuję. Przecież zawsze to robię.


niedziela, 12 kwietnia 2015

Show me how you burlesque. [SinJu]

Po raz kolejny przyszedł do tego samego podrzędnego baru, jak zwykle wypełnionego pijaczkami, dziwkami i ćpunami. Nikt normalny nie zapuszczał się w takie miejsca jeśli był bardzo przywiązany do swojego portfela. Piwo było tu jednak tanie, barman nie pytał o wiek a anonimowość każdy miał tu zapewnioną. Dlatego teraz Sinbad siedział przy tym samym stoliku, który zajmował co wieczór już od kilku dni i właśnie opróżniał trzeci kufel. Oczywiście dla niego było to tyle co nic, potrzebował jeszcze dwa razy tyle, co najmniej. Dla obserwatorów wyglądał jak typowy mężczyzna, który przyszedł zapić smutki, problemy w pracy albo żona nie chciała seksu, dlatego się tu znalazł. Ale tak naprawdę Sinbad był tu z jednego powodu i tylko jedna osoba o tym wiedziała. Kouen przed wyjściem z firmy ostrzegł tylko przyjaciela, żeby nie było tak jak zawsze, gdy po nocy w barze stawał pod jego drzwiami. Dzisiaj nie miał dla niego miejsca. Gdy na prowizorycznej scenie pojawił się on, jak zwykle w wymyślnym stroju, Sin od razu skupił tam całą swoją uwagę. Bo kto by nie zainteresował się chłopakiem, który czarnymi włosami okrywał się niczym płaszczem, mrugał pomalowanym na fioletowo okiem i posyłał uśmiechy wszystkim patrzącym na niego. W jego ruchach było coś, co kazało porzucić wszystko inne i skupić się tylko na nim, jakby wyciągniętymi ramionami próbował zgarnąć dla siebie całą uwagę. Nie był na tej scenie sam, ale inni byli tylko tłem, on był gwiazdą, lśnił własnym blaskiem. Sin uśmiechnął się do swojego kufla. Doskonale znał te ruchy, cały układ znał na pamięć, widział go dziesiątki razy. Tak, teraz będzie obrót do tyłu, by pokazać białe odciski dłoni w miejscu pośladków na czarnym materiale króciutkich spodenek. Czerń była jego kolorem, on ją nasycał i ożywiał. Gwałtownym kopnięciem przesunął krzesło na drugi koniec sceny i wreszcie to zrobił. Spojrzał prosto na niego, spojrzenie mówiło więcej niż słowa, obietnica słodkich, nocnych szeptów i gwałtownych pieszczot w ciemnym pomieszczeniu. To wszystko mieściło się w tym spojrzeniu, na które Sinbad czekał cały wieczór. Teraz mógł wyjść na zewnątrz i zapalić papierosa, czekając aż dokładnie w połowie drugiego on mu go zabierze i solidnie się zaciągnie, by zaraz cały dym wydmuchać do jego ust w stęsknionym pocałunku. I niech ktoś mu powie, że rutyna jest zła.

Nudziło mi się. Stworzyłam to po obejrzeniu filmu, przed chwilą. Takie dość otwarte zakończenie, żeby każdy sobie coś dopowiedział ^^

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dawno, dawno temu... [EnAli]

Ludzie powszechnie uznali, że stworzenia mityczne czy fantastyczne właśnie na kartach książek powinny pozostać, opowiadane dzieciom do snu czy z przyjaciółmi przy ognisku. Ale nikt nie przyjął do wiadomości, że nawet sąsiad, który już z daleka mówi "dzień dobry" albo zatrzyma Cię na ulicy by wspólnie ponarzekać, może być kimś zupełnie innym niż się wydaje. Że ukrywa się właśnie dlatego, że ludzie byli przesądni i w mig odrzuciliby sympatię wieloletnią tylko poprzez wiarę w jakieś wyssane z palca historie. Taki sąsiad też mógł chcieć prowadzić własne życie, tak jak na przykład Ren Kouen, mieszkający w domu z ogródkiem. Idealnie przystrzyżony trawnik, symetryczne grządki i rabatki z kwiatami. Można by o nim powiedzieć, że był perfekcjonostą albo pedantem, ale nikt nie powiedziałby, że Ren Kouen jest smokiem. Nie afiszował się z tym, nigdzie nie mówił ani nawet nie zdradzał szczegółów w rozmowie czy swoim zachowaniu. Wszyscy uważali go za statecznego, trochę mrukliwego prawnika prowadzącego głównie sprawy rozwodowe. Był samotny, co jakiś czas odwiedzało go dwóch chłopców bardzo do niego podobnych, pewnie młodsi bracia. Nie wyjeżdżał na długie weekendy i nie grillował w ogrodzie, nie pojawiał się również na okazjonalnych festynach organizowanych w ich miasteczku. Zapewne na jego widok matki stojące przy stoiskach z domowymi wypiekami dzwoniłyby do córek, żeby natychmiast przyszły poznać swojego idealnego męża. Bo Ren Kouen takie właśnie sprawiał wrażenie, wyśnionego zięcia. Nikt jednak nie wiedział, że Kouen cierpiał w samotności, w swoim ładnym domu z ogródkiem i białym płotem.
Alibaba Saluja był studentem dziennikarstwa, trochę zalatanym, odbywającym staż w lokalnej gazecie, w rubryce towarzyskiej, czyli pisał o tym, o czym znał się najbardziej. Nie, nie był plotkarzem, miał tylko nieograniczony zasób słów, które nie zawsze miał okazję wyrzucić z siebie w rozmowie, bo po prostu by nieszczęśnika zamęczył, więc pisał. Przełożeni go cenili, bo był rzetelny i dokładny, nie wciskał ludziom kitu i przede wszystkim lubił swoją pracę. Lubił przebywać z ludźmi, poznawać ich, zadawać pytania i odkrywać osobowość jak puzzle, które Z każdym pytaniem tworzyły co raz bardziej spójną całość. Dziś miał kolejne zadanie plenerowe, złapać wychodzącego z sądu prawnika i wypytać o szczegóły głośnego, politycznego rozwodu. Pytania przygotowane, wyuczone, dyktafon gotowy... mógł iść. Pod sądem był spory tłum, wszyscy chcieli rozmawiać z Ren Kouenem. Szczupły, zwinny chłopak z łatwością prześlizgnął się przez tłum do przodu, gdzie miał najlepsze miejsce. Ścisnął dyktafon w dłoni i powtarzał sobie cały czas w głowie pytania, wpatrując się w drzwi. Wiele osób już wyszło, odpędzając reporterów i zasłaniając twarze przed błyskami fleszy, ale nie on. Dopiero gdy wszyscy chcieli się rozejść uznając, że Ren wyszedł od tyłu, on się pojawił. I to Alibaba był pierwszym, który znalazł się przy nim.

Ren Kouen jeszcze nigdy tak się nie czuł. Był zmęczony i zirytowany, na dodatek miał usilną potrzebę rozprostowania skrzydeł. Ale widząc tego blondyna uwierzył młodszemu bratu, który w jakiejś księdze wyczytał, że smok jak łabędź, zakochuje się raz na całe życie. I potrafi nawet umrzeć bez tej miłości. Dlatego zgodził się natychmiast, gdy chłopak zaproponował mu spotkanie. Alibaba nie wierzył w swoje szczęście. Nie dość, że dostał się do Rena przed wszystkimi, to udało mu się go namówić na prawdziwy wywiad zamiast tych kilku zdawkowych odpowiedzi w rozwrzeszczanym tłumie innych dziennikarzy. A wszyscy mówili, że to ponury mruk... Gdy usiedli przy stoliku w ogrodzie prawie pustej restauracji, Alibaba rozłożył wszystko przed sobą i włączył nagrywanie.
- Panie Ren, dlaczego zgodził się pan prowadzić tę sprawę, skoro powszechnie wiadomo, że nie lubi pan rozgłosu i prowadzi rozwody "pospolitych" obywateli? - zapytał, podsuwając urządzenie bliżej niego. Mężczyzna uważnie się w niego wpatrywał, jakby szukał odpowiedzi na pytanie właśnie w jego twarzy.
- Chciałem, żeby ta sprawa została poprowadzona porządnie i nie ciągnęła się w mediach niczym wyjątkowo upierdliwy turniej golfa. Wszyscy oglądają ślę nikt nie potrafi się wypowiedzieć mądrze na temat. - odparł a jego niski, przyjemny głos sprawił, że Alibaba się uśmiechnął. Prawnik chyba się stresował, bo poruszył się niespokojnie na swoim miejscu, wybijając w niego jeszcze bardziej przenikliwe spojrzenie. Saluja spiął się i trochę nerwowo przerzucił kartki skryptu. Musiał uważać o co pyta. Ludzie nie interesowali się nimi, najwyraźniej zamknięta postawa Kouena skutecznie odstraszała wszystkich potencjalnych gapiów, za co Alibaba był nawet wdzięczny. Trochę zaczynało go niepokoić jego spojrzenie, ale dziwniejsze rzeczy w swojej pracy widział i nie tak łatwo było zbić go z tropu. Wyrównał kartki, stukając nimi o stolik i wziął wdech, patrząc w oczy siedzącemu przed nim mężczyźnie. Znał się na ludziach, potrafił dostosować do nich ton i sposób rozmowy, z reguły trafiał z tematami, których powinien unikać i tymi, na które dostałby naprawdę porządną odpowiedź. Ale Ren Kouen był jak zamknięta skrzynia, bez dziurki do klucza. Trudno było, ale da radę. Zdołał przeprowadzić wywiad z tym całym Judalem, który podobno miał być jakimś psycholem a do dziś był jego serdecznym przyjacielem z oryginalnym sposobem bycia.
- Wygrana zapewne pana nie zaskoczyła, w końcu jest pan niezawodnym specjalistą od spraw beznadziejnych. - uśmiechnął się lekko. Nie mógł poprowadzić tego typowo, ludzie musieli kupić gazetę dla samego tego wywiadu, a nie zrobią tego dla suchych pytań i odpowiedzi, nie widząc w rozmówcy człowieka z emocjami. Kouen chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, kręcąc słomką w swojej szklance z wodą. Obserwował tworzący się przez to maleńki wir i wydawało się to go uspokajać.
- To było z góry przewidziane zwycięstwo. Polityka jest jak szachy. Musisz zbić jak najwięcej pionków, żeby wygrać. Łatwo jest też dać się zapędzić w pułapkę, gdzie jedynie poświęcenie króla pozwoli ujść bez szwanku. A ja bardzo lubię grać w szachy. - uśmiech na jego twarzy tak zaskocZył Alibabę, że teraz on przyłapał się na wbijaniu w niego mało profesjonalnego spojrzenia. 

Kouen siedział przed tym blondynem, który nawet mu się nie przedstawił, widocznie zbyt podekscytowany tym, że może przeprowadzić z nim wywiad na wyłączność. Ale nie potrzebował jego imienia. Nie potrzebował nic o nim wiedzieć, by czuć to dziwne uczucie płonącego we wnętrzu ognia. Nie, ni był podniecony, to był smoczy ogień, reakcja na odnalezienie swojego partnera. Koumei miał rację, jego nieustanne rozdrażnienie i brak większych chęci do życia brały się właśnie z samotności, która dla smoków była prawdziwie zabójcza. Smok umierał z braku miłości lub z braku jej odwzajemnienia, gdy wybrany partner wiązał się z kim innym. Kouen wiedział, że ten rozgadany blondyn będzie tylko jego i nigdy nie pozwoli mu odejść. Nie odpowiedział na kolejne pytanie. Wyjął mu z ręki dyktafon I wyłączył go, odkładając przy sobie na stolik, z dala od jego rąk.
- Umów się ze mną. - powiedział tylko, chwytając jego dłoń. Miał bardzo ciepłe ręce co raczej nie powinno być zaskoczeniem, a Alibaba miał ciepłe policzki poprzez wpływający na nie rumieniec.

Obcy mężczyzna zaprosił go właśnie na randkę. Chyba nawet Judal nie był tak bezpośredni. A on potrafił krzyczeć na cały sklep, że te majtki mu spłaszczają tyłek i Sinbad nie będzie zadowolony. A jego równie pokopany facet pokazywał mu za cienką zasłoną przebieralni, że lubi jego tyłek w każdych majtkach.
Ren Kouen zaprosił go na randkę. Wypadałoby coś raczej odpowiedzieć i zamknąć usta.
- Słucham? - Alibaba właśnie wzniósł się na Mount Everest własnej elokwencji. Kouena zdawało się to nie ruszać, wręcz ścisnął jego dłoń mocniej i podniósł do ust, by zaledwie musnąć jej wierzch i zostawić ciepły ślad.
- Dzisiaj wieczorem, tutaj. Zależy mi na tym. - brzmiał szczerze, jego oczy również nie zdradzały kłamstwa lecz nadal się w niego wpatrywały. Uśmiech, który zobaczył po wyrażeniu zgody na zawsze pozostanie w jego pamięci.

- Smok?! - Alibaba oczywiście nie potrafił opanować emocji przez co Kouen skrzywił się i odchrząknął.
- Smok. A Ty jesteś moim wybranym partnerem, przeznaczonym do stworzenia ze mną rodziny. - mówił to tak spokojnie, jakby już dyskutowali o wyborze koloru ścian do wspólnego mieszkania. Alibaba nie sądził, że kiedyś jako dziennikarz doświadczy uczucia nadmiaru informacji. Ale teraz był pewien, że przez kilka dni będzie przetrawiał to, co właśnie usłyszał. Smok. Przeznaczenie. Wielka miłość aż po grób. Co prawda zawsze o tym marzył, ale w jego wyobrażeniach był człowiek a nie smok, do ciężkiej cholery. Mimo wszystko spędził z Kouenem miły wieczór, upewniając się, że ludzie często mylą się w swoich osądach. Z jednego wieczoru powstał drugi i kolejne a Alibaba utwierdził się w przekonaniu, że rozpalanie ognia wychodzi mu naprawdę dobrze.

- Tak właśnie poznałem waszego tatę. - uśmiechnął się mężczyzna, patrząc na siedzące przed nim rude bliźniaki i dziewczynkę o blond kucykach. Siedzieli w ogrodzie restauracji, przy stoliku, który wiele słyszał i widział. Dzieciaki pisnęły ucieszone a Kouen swoim zwyczajem ucałował wierzch dłoni swojego męża, nawet po tylu latach wprawiając go tym w zakłopotanie.

Oto przedstawiam wam moją bajkę na dobranoc, opowiedzianą Kiri. Wymyślana na bieżąco o drugiej w nocy, więc mogą być błędy. Aczkolwiek... indżojcie.