Nawet jego własny odtwarzacz się na niego uwziął. Alibaba
miał ochotę uśmiechnąć się gorzko, gdy usłyszał w słuchawkach „If you were dead
or still alive, I don’t care”. Dzięki muzyce miał odciąć się od narastających
problemów, zapomnieć chociaż na kilka chwil i rozluźnić się. Ale to się już nazywa
złośliwość rzeczy martwych. Na szczęście w pokoju był sam, jego współlokator
jak i zarazem największy powód owych problemów, wybył gdzieś razem ze swoim
przyjacielem. I tylko Alibaba zauważył, że on sprowadza go na złą drogę, że
zmienia go całkowicie i próbuje podporządkować swojej woli. Tylko Alibaba te
zmiany dostrzegał i tylko jemu się one nie podobały.
Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Hakuryuu. Już
po oczach Saluja widział jego nietrzeźwość, jak zawsze po spotkaniach z tym
cholernym Judalem. Czasami zdarzało się też, że przynosił ze sobą mdląco słodki
zapach marihuany, ale jak zawsze, Alibaba nic nie mówił. Zajmowali jeden pokój
w bidulu od dziecka, matka Alibaby zmarła z powodu chorób, których nabawiła się
w pracy. Blondyn prychał za każdym razem, gdy ktoś mówił o tym w ten sposób. I
po co takie piękne słowa? Nie lepiej po prostu powiedzieć, że jego matka była
dziwką i wykończył ją zwykły syf? A że kiedyś jej klientem był jeden z
najbogatszych facetów w mieście… Problemu trzeba było się pozbyć.
- Wcześnie dziś wróciłeś. – mruknął, wyciągając słuchawki z
uszu, wychodząc ze swojego bezpiecznego azylu. Musieli rozmawiać a przynajmniej
Alibaba musiał mówić. Cisza byłą dla niego zdecydowanie zbyt nieznośna. Tak jak
się spodziewał, Hakuryuu mruknął coś tylko pod nosem, tym razem szczędząc mu
potoku pijackich bluzgów a potem Saluja mógł zaobserwować jego plecy znikające
za drzwiami małej łazienki. Może gdyby jego matka nie była szajbuską, która
zabiła swojego męża i dwóch starszych synów, by następnie chcąc zyskać władzę,
dobierać się do swojego pasierba… Wtedy Hakuryuu pewnie byłby inny. Pewnie nie
potrzebowałby towarzystwa największego degenerata w całym sierocińcu.
Alibaba usiadł na łóżku i potargał włosy, z lekka zirytowany
tym ciągłym gdybaniem. Przecież to mu nic nie da, tylko narobi jeszcze
większego mętliku w głowie.
Ciężko mu było patrzeć na bladą, chudą twarz śpiącego Rena.
Na ten niezdrowy kolor, cienie pod oczami i zapadnięte policzki. Sam nie
wiedział, kiedy zaczął głaskać go po policzku, zimnym i niezbyt przyjemnym w
dotyku, jakby Hakuryuu nie miał już w sobie ani odrobiny życia. Był pewny, że
się nie obudzi, zawsze mocno spał po alkoholu.
Dni zlewały się w jedno, Alibaba przestał już zwracać na nie
uwagę. Wpadł w rutynę; najpierw czekał, zarzekając się, że to ostatni raz,
nigdy więcej, bo to bez sensu i niczego nie zmieni. A potem przez większość
nocy był strażnikiem jego snu, po prostu siedział i patrzył.
Do czasu gdy niebieskie oczy Hakuryuu otworzyły się i
spojrzały prosto na niego.
- Co robisz? – zapytał schrypniętym głosem przez
niemiłosiernie ściśnięte gardło. Każde słowo tylko dodatkowo je podrażniało.
Gdy oswoił się z przyłapaniem na gorącym uczynku, Alibaba
zmarszczył lekko brwi.
- I kto to mówi? Zobacz, do czego doprowadziłeś. Nie masz
siły podnieść głowy z łóżka. – rozmowy z nim, jeśli już w ogóle do nich
dochodziło, zawsze kończyły się tym samym. Hakuryuu pokornie słuchał kazania a
potem jakby nigdy nic, szedł spać albo prosto do Judala, co Alibabę bolało
jeszcze bardziej. Przecież on by mu pomógł, razem daliby radę, we dwójkę, bez
zbędnych osób, które mogłyby zburzyć ten obraz. Nie potrzebował go wciągać w
żadne bagno a wręcz przeciwnie, chciał mu pomóc się od niego oderwać, odbić się
od dna. W końcu on przeżył to samo, razem siedzieli w podobnej patologii.
- Co Ty wiesz? Nie znasz mnie. Tylko patrzył.
Kolejnym ciosem było to, że Ren miał rację. Alibaba tylko
patrzył, zamiast zrobić cokolwiek.
Potem była strzykawka. Długa, o dziwo spokojna, rozmowa do
późnej nocy, na parapecie, przy orzeźwiającym nocnym powietrzu. Spokojny,
głęboki sen.
Zaczynał myśleć, że jest lepiej. Hakuryuu spędzał z nim
czas, cień uśmiechu wracał na jego przygaszoną twarz i już praktycznie w ogóle
nie spotykał się z Judalem.
Pozory przez niego stworzone dały blondynowi złudną
nadzieję, że po tej burzy dla niego jednak wyjdzie słońce.
Ale dlaczego czarne?
Gdy krwawy szlak zaprowadził go do łazienki, do białych
płytek upstrzonych szkarłatnymi plamkami, serce stanęło mu w gardle, zimno
opanowało ciało a pustka myśli. Potem pamiętał tylko jak miotał się, by znaleźć
opatrunek, by zdążyć i nie stracić tego wszystkiego co zdołał postawić na nowo
z gruzów. Teraz już wiedział, że nie buduje się zamków na piasku.
Nie lubił szpitali. Chyba jak każdy, ale on czuł się tu
przygnieciony całym, zebranym smutkiem chorych i odwiedzających, co sprawiało,
że nie mógł zaczerpnąć oddechu i chciał jak najszybciej stąd wyjść.
Aktualnie znalazł sobie zajęcie, które polegało na liczeniu
kropli upływających z kroplówki. Bardzo zajmujące, szczerze polecam. Oderwał
wzrok dopiero gdy blada dłoń poruszyła się na równie jasnej, sztywno
wykrochmalonej pościeli.
- Uratuj mnie… - szepnął z wyraźnym trudem Hakuryuu, nie
otwierając jednak oczu. Doskonale wiedział, kto przy nim jest. Alibaba
przycisnął usta do jego czoła.
- Obiecuję. Przecież zawsze to robię.
Judar, pało ty. Co Hakusia rozpijasz i na manowce prowadzisz ;^; zostaw go w spokoju ;^;
OdpowiedzUsuńEj, podoba mi sie pomysl z postaciami z Magi w sierocińcu. Lajkam.
Miziu-miziu po policzku, awww <3
HAKUUUUUU, NIEEEEEE ;^; Masz żyć, rozumiesz!? Razem z Alisiem ;^;
Płacisz mi za klej, bo ta końcówka totalnie rozkruszyła mi serce ;^;
Chciałabym jakoś żałować Hakuryuu... Ale ja go nie lubię. Był uroczą kluseczką, póki był po jasnej stronie mocy, w dodatku mówi głosem Ono Kensho... Ale kurczę, to co zrobił Alibabie i po części Judalowi jest niewybaczalne T__T Nie mówiąc o tym, że namącił w głowie Alladyna... życiową wiedzą, uzasadnioną logicznie, ale namącił. W OGÓLE KREW MI PSUJE, PRZEZ NIEGO ŚLUB KOUENA Z ALIBABĄ MUSI ZOSTAĆ ODROCZONY. *wiesz, Alibaba musi wejść do rodziny Ren~*
OdpowiedzUsuńCo do shota... Ahh, wylałam żale na Hakuryuu, ale i tak mi się podobało. Alibaba zwykle jest taki... poniekąd kozak, ale straszny tchórz. Mimo to za przyjaciółmi pójdzie w ogień. I tu właśnie było to pokazane, że dla osób cennych dla niego on zrobi wszystko, nawet będzie czuwał nad ich snem... Tak smutny Alibaba w mojej wyobraźni jest piękny. Choć nic nie może zrobić i cierpi widząc, jak Hakuryuu się stacza, zawsze będzie przy nim czuwał. Niezależnie od wszystkiego. A Haku jak ostatni leszcz poderżnął sobie żyły.
Judal pasuje na takiego, co sprowadza na złą drogę. Chociaż lekko zawiało mi JuHaku, na które mam alergię *aaapsik!* to było dobrze ;D
Jednym słowem - jako angst nie poruszyło mnie, nie wdeptało serducha w ziemię, ale było dobrze i jak najbardziej podobywało się, głównie za przedstawienie Alibaby.
Weny~
Yazu, uwielbiam Cię <333
UsuńTaki długi, piękny, konstruktywny komentarz... płakłam ze szczęścia ;-;
Ja mam mieszane uczucia co do Hakuryuu. Lubiłam go podczas zdobywania lochu Zagana, ale gdy odszedł i spiknął się z Judalem... Jednocześnie trochę mi go żal.
Alibabę właśnie takiego planowałam zrobić i mam nadzieję, że dobrze mi to wyszło. Dzięki Ci wielkie! <3
Ojeju <3 Świetnie napisane <3
OdpowiedzUsuńTo było piękne, cudowne, nie, ZAJEBISTE *_* ZROBIŁAŚ MI TYM OPOWIADANIEM DZIEŃ <3 Czytałam je jadąc rano w autobusie do pracy i łezka mi się w oku zakręciła, a później długo jeszcze za mną chodziło.;_; Dużo feelsów...
Dzięki za to, że prowadzisz tego bloga. Pamiętaj tylko, że ja zawsze wszystko czytam, ale niekoniecznie komentuję...^^
Życzę hektolitry weny.
Pozdrawiam
۞ Tate